Medytacja wyciszenia wg. Pauline McKinnon

Po wielu latach psychoterapii, która przyniosła co prawda spore zmiany w moim życiu i myśleniu, ale nie przyniosła ulgi mojemu ciału, które wciąż cierpiało na uporczywe objawy fizyczne oraz lęk, zaczęłam tracić nadzieję, że w ogóle kiedykolwiek z tego wyjdę. Wielokrotnie pytałam terapeutów, czy znają kogoś, kto był w takim stanie jak ja i wyszedł z tego. Zazwyczaj słyszałam książkowe odpowiedzi „tak, można z tego wyjść”, ale nigdy „tak, moja pacjentka z tego wyszła”. Ja jednak potrzebowałam konkretnego dowodu. Zaczęłam poszukiwać książek napisanych przez osoby cierpiące na zaburzenia lękowe. Nie pocieszały mnie wypowiedzi osób, które miały słabsze objawy niż ja i które cierpiały na nerwicę krótko. Nie pocieszyła mnie nawet książka Kazimiery Sokołowskiej „Jak pokonałam depresję i nerwicę”, nie tylko ze względu na słabsze objawy autorki, ale także na fakt, że stosowane przez autorkę metody jak wizualizacje i afirmacje mnie nie pomogły. Jednak książka „Wycisz strach” dała mi nowe, a jednocześnie bardzo proste narzędzie relaksowania ciała, a także poprzez historię autorki tchnęła nadzieją, że jest jakieś światło w tunelu.

(więcej…)

Reklamy

7 największych obaw podczas napadu paniki

Zaraz umrę, to na pewno zawał, zaraz zemdleję, to na pewno jakaś poważna choroba – takie zazwyczaj myśli przychodzą nam do głowy podczas ataku paniki i wzmagają lęk. Pierwszy atak jest zawsze wstrząsem, ale każdy następny, choć nadal przeraża, staje się coraz bardziej oswojony. Najważniejszym sposobem, aby powoli zmniejszać intensywność napadów, jest zrozumienie, że żadna z naszych największych obaw nie ma prawa się spełnić. Jest to niewątpliwie trudne, bo zawsze ufaliśmy naszemu ciału, a teraz musimy to zaufanie w pewnym stopniu zawiesić.

W tym poście podaję 7 największych obaw osób, które mają napad paniki, oraz wyjaśnienia medyczne do objawów, uwzględniające to, co faktycznie dzieje się w naszym organizmie w tym czasie. Przygotował je lekarz psychiatra, Edmund J. Bourne, z ponad 20 letnią praktyką z osobami z zaburzeniami lękowymi.

(więcej…)

Nerwica – gniew żywcem pogrzebany

Zbliżają się święta – stąd wzięło mi się takie mocne porównanie. Nerwica jest procesem ZMARTWYCHWSTAWANIA do życia. Trudnym i bolesnym, ale DO ŻYCIA. Musiało minąć wiele lat, zanim pozwoliłam sobie na te słowa. Nigdy nie chciałabym przechodzić tego cierpienia jeszcze raz, każda sekunda bólu była obrzydliwa! Ale jednak…wciąż wydostaję się z grobu i im wyżej jestem, tym z większą siłą chcę się wydostać. To tam, ponad ziemią, jest życie. To tam wyczuwam radość. Co prawda po drodze przestałam być święta, przestałam być ukochanym dzieckiem, z którego rodzice mogą być dumni, dałam sobie spokój ze świetną, ambitną pracą, ale za to co zyskuję? Życie zyskuję! I człowieczeństwo zyskuję! I siebie odzyskuję. A ten post zawdzięczam wspaniałemu psychiatrze – dr. Andrzejowi Rogiewiczowi i jego książce „Powrót z krainy lęku”.

Nerwica – to wygrzebywanie się z ziemi nas pogrzebanych żywcem!

(więcej…)

Oswoić śmierć

Próbuję podejść moje lęki od wielu różnych stron. Teraz chciałam zmierzyć się z lękiem przed śmiercią – moim największym lękiem. W zasadzie nie dotyczy on samego procesu umierania, a tego co będzie potem. A konkretnie dwóch spraw: opuszczenia i kary. Nie mam bowiem wątpliwości w swoje wieczne istnienie – odbieram to tak naturalnie jak oddychanie. Wręcz przeciwnie, czasem wpadam w rozpacz z tego powodu, że nie mogę się unicestwić, że życie w wieczności jest nieuniknione i nie kończące się. Wynika to głównie z dużego skupienia na karze. Że nie potrafię wyobrazić sobie siebie w Niebie.

Postanowiłam sięgnąć po książki, które w rzetelny sposób przedstawiają relacje osób, który doświadczyły śmierci klinicznej i pamiętają, co działo się z nimi w tym czasie. Początkowo znalazłam takie pozycje jak: „Pamiętam jak umarłem” Paula Rolanda, czy bliższe wydawnictw katolickich „Po życiu. O niebie, piekle i czyśćcu” Michael Brown, czy „Życie po śmierci” z Biblioteki „Jezus żyje”. Jednak o ile pierwsza z książek prezentowała i promowała koncepcje związane z reinkarnacją, nie przedstawiała więc obiektywnego podejścia, natomiast dwie ostatnie niestety nie były wolne od specyficznego „moralizatorskiego” języka kościelnego – który od razu powoduje u mnie nasilenie myśli lękowych względem Boga i spraw ostatecznych.

Strzałem w dziesiątkę okazała się książka „Życie po życiu” Raymonda Moody, który podszedł do tematu bardzo naukowo. Autor jest lekarzem i dzięki temu miał do czynienia z wieloma pacjentami, z którym mógł przeprowadzać wywiady. Jako psycholog i doktor medycyny, mógł podejść do przypadków ludzi w sposób krytyczny. Jego książkę cechuje przede wszystkim rzetelność i mimo, że autor ukazuje swoje prywatne poglądy, to jednak pozostawia czytelnikowi dużą przestrzeń wolności w przekonaniach dotyczących tak ważnych, i jakże delikatnych spraw.

W książce Raymonda szukałam przede wszystkim dowodów na to, że śmierci nie trzeba się bać, że tam po drugiej stronie nie ma samotności i opuszczenia, a także że Bóg nie jest karzący i okrutny – z którego takim właśnie wyobrażeniem próbuję się uporać. Znalazłam wiele wypowiedzi potwierdzających moje głębokie nadzieje – że nie ma tam ani opuszczenia, ani kary rozumianej po ludzku, ani okrutnego karzącego i nie rozumiejącego Boga. Ogromną radość i nadzieję dały mi także wielokrotnie pojawiające się wypowiedzi, że ważne jest w życiu zdobywanie wiedzy i że w wieczności nadal będziemy mogli ją zdobywać. Bowiem jak myślałam o swojej śmierci i jej nieuchronności, to właśnie żal mi było m.in. tego, że nie będę mogła poznawać świata, podróżować i zdobywać wiedzy.

„Kiedy patrzyli na ten przegląd, owa istota jakby chciała podkreślić ważność dwóch spraw w życiu: by kochać bliźnich i by stale zdobywać wiedzę.”
Ludzie po śmierci nie doświadczali ani lęku, ani kary, ani opuszczenia…Nie żałowali także tego, że odeszli z tego świata.

„Byłem pomiędzy ludźmi, którzy wciąż ciągle walczyli o moje życie. Nie czułem bólu, ani strachu, czułem wypełniający mnie spokój.”

„Proszę pamiętać, że na ogół wszyscy stwierdzali, iż w pierwszych chwilach po śmierci pragnęli wrócić do swych ciał i odczuwali wielki żal z powodu zgonu. Jednak jeśli osoba umierająca osiągnęła pewien etap swojego przeżycia, nie chciała wracać do ciała, nawet opierała się temu. Zwłaszcza miało to miejscu w przypadku tych, którzy znaleźli się tak daleko, że zetknęli się ze świetlistą istotą.”
„Kiedy wróciłam do swego ciała, płakałam potem przez cały tydzień, bo musiałam żyć na tym świecie, a widziałam już tamten. Nie chciałam wracać.”
„Tylko raz byłam naprawdę przerażona, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie będę mogła umrzeć.”

Bóg nie jest okrutny, nie karze..

„Ku swemu zdumieniu przekonują się, że kiedy świetlista istota widzi ich nawet najbardziej odrażające czyny, reaguje nie gniewem czy złością, lecz wyrozumiałością a nawet humorem.”(..)Wiele osób powróciło z nową koncepcją i nowym zrozumieniem przyszłego świata – wizją, która ukazuje niejednostronny osąd, lecz raczej wszechstronny rozwój, mający jako ostatni cel samorealizację. Wedle tego nowego poglądu rozwój duszy, zwłaszcza w dziedzinie miłości i wiedzy, nie kończy się wraz ze śmiercią.”

Wiedza ma znaczenie…

„Wiedza, którą posiadam, jest formą pomocy, którą mogę świadczyć innym.”

Książka poruszyła kilka spraw, które nie dawały mi spokoju. Mianowicie – jedna ze spraw, która mnie przerażała – to błąkanie się duchów. Często miewałam lęki, że po śmierci będę się błąkać. Pocieszył mnie fakt, że w sumie niewiele spraw, rzeczy trzyma mnie na Ziemi. Oraz, że „ich stan był przejściowy”..

„Kilkanaście osób opowiadało mi, że w którymś momencie swej podróży po tamtej stronie spostrzegło jakieś istoty. Były one jakby „więźniami” jakiegoś nieszczęsnego bytu. Ci, którzy spotkali je na swojej drodze, zgadzają się co do kilku spraw. Po pierwsze stan emocjonalny tych istot uniemożliwiał im zerwanie więzów ze światem fizycznym. Jedna z badanych osób miała wrażenie, że duchy te nie mogły oderwać się od rzeczywistości fizycznej, gdyż były niewolniczo oddane sprawom tego świata: doczesnym dobrom, osobom lub nałogom. Po drugie, wszyscy wyczuwali, że duchy te błąkały się, co odróżniało je od innych istot. Po trzecie, ich stan był przejściowy i trwał do czasu uwolnienia się od ziemskich więzów.”

Trudnym tematem pozostaje dla mnie także samobójstwo. Odczuwałam ogromny ból w sercu, z powodu łatwości jaką w Kościele mówi się o grzechach śmiertelnych, zapominając kompletnie o człowieku. Popełniasz samobójstwo? To grzech śmiertelny – nie zostanie wybaczony. Nie mogłam zrozumieć takiego podejścia. Sama doświadczyłam stanu krańcowej rozpaczy, kiedy śmierć wydaje się jedynym rozwiązaniem, jedyną drogą wyjścia. Wiem, co oznacza ten stan. Czy rozumiecie jak wielką siłą jest wola życia? Aby przeżyć człowiek może nawet popełnić wiele zła – zabić kogoś, zabrać jedzenie, nie podzielić się chlebem. Co więc musi się stać w człowieku, żeby dobrowolnie był w stanie odebrać sobie życie??! Jak wielkiego cierpienia musi doświadczać? Jakiej rozpaczy?

Przerażał mnie Bóg, który nie byłby zdolny do przygarnięcia człowieka, który popełnił samobójstwo w obozie koncentracyjnym. Jednak staram się wierzyć, że Bóg jest bardziej miłosierny niż my i sam widzi z jakiego naprawdę powodu, w jakiej sytuacji człowiek popełnia ten dramatyczny czyn.

Wiarę w miłość Boga budują słowa takie jak te:

„Mój przyjaciel, który przekroczył granicę „innego świata” na skutek śmierci klinicznej spowodowanej infekcją, kiedy zapytano go o takie sprawy, udzielił interesującej odpowiedzi. Wyraził przekonanie, że Bóg w swej naturze jest bardziej przebaczający i rozumiejący, aniżeli ludzie są w stanie sobie wyobrazić.”

W książkach katolickich, które wspominałam na początku, też poruszono ten problem. Oczywiście w taki sposób, że znów obudził się we mnie wielki lęk przed Bogiem. Cieszę się, że Raymond także nie pozostawił tej kwestii. W sumie zaskoczyło mnie to, że jednak samobójstwo w wypowiedziach osób po śmierci klinicznej jawiło się jako zło i dało mi to znów do myślenia. Jednakże temat ten został poruszony w zupełnie innym klimacie, w zupełnie inny sposób. Z wielkim szacunkiem autor milknie przed pytaniami i pochyla się przed miłością Boga. Z tych wypowiedzi wyszłam w refleksji, a nie w lęku.

„Ludzie, którzy z różnych przyczyn chwilowo gościli po tamtej stronie, wyznają dość często, że powracali do życia z niechęcią. Natomiast Ci którzy dokonali próby samobójstwa, powracali z głęboką motywacją zmiany swojego życia, na nowo odnajdywali jego sens. Żaden z nich nie odważyłby się targnąć na siebie po razu drugi. Duża liczba osób, które „umarły” w naturalny sposób lub na skutek wypadku mówiła mi, że będąc w tym stanie doznała wrażenie, iż samobójstwo to bardzo niefortunny akt i ponosi się za niego karę. Jeden z mężczyzn, który przeżył śmierć kliniczną w następstwie wypadku, tak to ujął:
Kiedy tam byłem, odczułem że dwie rzeczy są mi całkowicie zakazane – zabicie samego siebie i zabicie drugiej osoby. Jeśli popełniłbym samobójstwo, odrzuciłbym tym samym Boży dar życia, a jeśli zabiłbym innego człowieka, mógłbym pokrzyżować Boże plany względem tej osoby.
Ktoś inny, kto przeżył śmierć kliniczną, powiedział mi, że podczas swojej bytności po tamtej stronie miał wrażenie, iż samobójcy zostają w jakiś sposób ukarani. Częścią ich pokuty miałoby być uczestnictwo w cierpieniach tych, którzy boleśnie odczuli ich utratę.”

Wiele problemu sprawia mi wciąż temat miłości. Boże przykazanie miłości bliźniego. W wypowiedziach, podczas przeglądania swojego życia, temat ten zawsze jest najważniejszy. Martwi mnie trochę, że nigdy nie padło pytanie o miłość do siebie. To polecenie „miłowania innych” doprowadza mnie do paranoi. Bowiem właśnie moja „wielka miłość” do mamy przyczyniła się w dużym stopniu do nerwicy. To taka miłość, która nie ma względu na siebie samego. Ja dziś nie potrafię kochać. Ponieważ nie potrafię kochać siebie, ani siebie zaakceptować. Mam nadzieję, że nie będę z tego powodu ukarana. Może całe życie zająć mi próba pokochania siebie. Może nie zdążę w swoim życiu pokochać drugiego człowieka taką prawdziwą miłością. A może policzone mi będą chociaż jakieś moje marne gesty wobec innych..Pod tym względem nie radzę sobie z ciągłym poczuciem winy…Miłość jaką poznałam, to miłość od Mamy – uzależniająca, zniewalająca, przejmująca kontrolę, karająca. Nie znam innej. I jeśli to nie „ta” miłość, to ja nie wiem jak powinna wyglądać „ta”.

„Kiedy ujrzałam światło, spytało mnie najpierw „Czego dokonałaś, pokaż mi”.(…)A kiedy oglądałam poszczególne sceny nie widziałam światła. Zniknęło, jak tylko zadało mi pytanie, czego dokonałam, i kiedy zaczęły się ukazywać te obrazy (sceny z życia – przypis mój); ale wiedziałam, że ono jest ze mną przez cały czas, że mnie prowadzi przez te obrazy, bo czułam jego obecność, a od czasu do czasu robiło jakąś uwagę. Starało się w każdym takim obrazie coś mi pokazać. Jakby wcale nie chciało zobaczyć, co zrobiłam – to było mu wiadome – ale starało się wybrać pewne sceny z mego życia i ukazać mi je po to, bym je sobie przypomniała. Przez cały czas powtarzało, jak ważna jest miłość. (…)Dało mi do zrozumienia, że powinnam ze wszystkich sił dobrze czynić innym ludziom. A jednak nie było w tym nic z oskarżenia.(..)
„Pytano mnie o miłość; czy nauczyłem się kochać. Wtedy rozumiałem wszystko doskonale, ale teraz trudno mi to wytłumaczyć. Owa istota chciałą, abym dokładnie wiedział, o jaki rodzaj miłości jej chodzi. Na pewno nie miała na myśli działania na szkodę innych, ale to, czy potrafię kochać nawet wtedy, gdy znam ludzi bardzo dobrze, nie wyłączając ich upadków i słabości.
Wspomniano o wiedzy jaką posiadłem. Jakiej wiedzy? Trudno mi to wytłumaczyć. Chodziło o tę dotyczącą elementarnych rzeczy, przyczyn ich istnienia, podstawowych zasad wszechświata.”

Jak powstaje nerwica?

Powstanie zaburzeń lękowych nigdy nie jest wynikiem działania jednego tylko czynnika. Zawsze jest to proces, w którym nakłada się kilka czynników. Obecne rozumienie przyczyn powstawania lęku łączy różne podejścia. W powstaniu zaburzeń lękowych duże znaczenie mają czynniki działające w długim okresie, ale wspierają je czynniki biologiczne i podtrzymujące. To właśnie te dwa ostatnie utrudniają wyjście z nerwicy, nawet po przejściu terapii.

Czynniki działające w długim czasie:

Dziedziczność

Badania wykazały, że prawdopodobieństwo, że oba bliźniaki jednojajowe będą cierpień na zaburzenia lękowe jest dwa razy większe niż, że cierpieć będą bliźniaki różno jajowe.
Prawdopodobnie to co jest dziedziczone to typ osobowości, który predysponuje do większego przeżywania lęku.  Może być to także bardziej reaktywny układ nerwowy – czyli reagujący większym pobudzeniem na impulsy.
Ostatnie prowadzono także badania nad konkretnymi genami związanymi z lękiem. Np. siedemnasty chromosom zawiera gen o nazwie SERT (gen transportera serotoniny), który bierze udział w wytwarzaniu tego neuroprzekaźnika. Ludzi, którzy mają „krótki” wariant tego mają większe predyspozycje do zaburzeń lękowych.

Dzieciństwo

Stwierdzono, że napady paniki poprzedzają separacyjne zaburzenia lękowe w dzieciństwie, kiedy dziecko zostaje oddzielone od rodziców. Obserwacje E. Bourne wskazują na pewne postawy rodziców, które sprzyjają rozwojowi zaburzeń lękowych u ich dzieci:

  • Rodzice nadmiernie boją się o dziecko i przekazują dziecku postawę lękową wobec świata

Rodzice charakteryzuje postawa perfekcjonistyczna, są bardzo krytyczni i stawiają dziecku wysokie wymagania, prowadząc w ten sposób do utrwalenia poczucia braku poczucia podstawowego bezpieczeństwa u dziecka. Podobne skutki ma wychowanie w rodzinie alkoholików. W zasadzie wszystkich ludzi z zaburzeniami lękowymi charakteryzuje głęboko zakorzeniony brak poczucia bezpieczeństwa. W efekcie tego dzieci, które doświadczają tego braku rozwijają wobec rodziców, a następnie partnerów lub miejsc (jak dom), silną postawę zależności.

  • Rodzice tłumią ekspresję emocjonalną i asertywność dziecka.

Brak umiejętności asertywności i nie możność wyrażania gniewu często prowadzi także do depresji. Gniew nie może współistnieć z lękiem, często więc pod lękiem kryją się ogromne pokłady złości, nienawiści i gniewu, z którymi dana osoba straciła kontakt.

Narastający stres

Taki stres ma miejsce wtedy, kiedy przez wiele lat funkcjonuje się w sposób zaburzony, często mechanizmy dostosowawcze w dzieciństwie są kontynuowane w dorosłości, uniemożliwiając człowiekowi jego rozwój czy doświadczanie trudnych emocji, ich wyrażanie, oraz ustanowienie granic i zbudowanie własnej tożsamości. Taki stan może ciągnąć się przez wiele lat i nie dawać żadnych łatwo uchwytnych objawów. Aż pewnego dnia doświadczamy pierwszego w życiu napadu paniki…

Narastający stres może być także spowodowany nagromadzeniem trudnych sytuacji życiowych lub zmiany biegu życia. Zaburzenia lękowe spowodowane takimi przyczynami są zdecydowanie łatwiejsze do wyleczenia.

Czynniki biologiczne:

Dziedziczna podatność

W przypadku zaburzeń lękowych zależność ta nie jest prosta i bezpośrednia. Z badań prowadzonych przez E. Slatera wynika, że na rodzaj objawów nerwicowych ma także wpływ cech stałych, takich jak temperament czy charakter. Jednakże dziedziczenie niewątpliwie ma jakiś wpływ i utrzymuje się, że zachodzi w stopniu umiarkowanym. Oznacza to, że sama dziedziczność nie jest wystarczającym czynnikiem do wystąpienia zaburzeń lękowych i musi być wspierana przez czynniki psychospołeczne.

Skłonności konstytucjonalne (stałe, z nimi się rodzimy):

Cechy temperamentu

Cechy temperamentu są niewątpliwie związane z dziedzicznością. To właśnie przez temperament przejawia się emocjonalność i nastrój człowieka, a także strategie jakie podejmie on wobec wydarzeń życiowych i dynamiki systemu rodzinnego.

Jacek Olszewski w swojej książce O zaradności obezwładnionych lękiem (Wydawnictwo Uniwersytetu M. Curie-Skłodowskiej, Lublin 2010 r) opartej na pracy doktorskiej pisze:

Czynniki temperamentalne, w powiązaniu z genetycznymi, poprzez wywieranie wpływu na szybkość i siłę reakcji emocjonalnych sprzyjają powstawaniu zaburzeń lękowych.

Ogólny stan somatyczny