Wróćmy do naszych serc i bądźmy sobą

Coraz bardziej przekonuję się, że jednym z największych naszych problemów przyczyniających się do powstania objawów nerwicowych jest brak kontaktu z samym sobą, odłączenie od istoty siebie, a zaraz za tym brak akceptacji siebie. Z drugiej strony brakuje nam także całościowego spojrzenia na siebie jako na człowieka – koncentrujemy się na ciemnej stronie, a zupełne nie dostrzegamy wspaniałości człowieczeństwa. Do tych dwóch refleksji skłoniła mnie lektura książki Anity Moorjani, która w książce „Umrzeć, by stać się sobą” opisała swoją historię doświadczenia z pogranicza śmierci, do której doprowadził ją bardzo złośliwy rak. To doświadczenie zaowocowało przede wszystkim zmianą jej postawy wobec siebie samej. Czegoś z czym za życia miała największe problemy.

Chociaż doświadczenie to porusza kwestię życia po śmierci, nie na tym chcę się skupić w tym artykule. Zależy mi raczej na tym, abyśmy zastanowili się nad sensem naszej choroby i nad tym w jaki sposób już od wielu lat postrzegamy siebie, co o sobie wiemy i co o sobie myślimy.

Byłam takim uszkodzonym towarem, wadliwym.

Historia Anity była dla mnie bardzo ciekawym źródłem wiedzy o kulturze Wschodu, ku której wielu z nas dzisiaj się kieruje w odpowiedzi na negację duchowości Zachodu. Przede wszystkim zrozumiałam, że bez względu na kraj każda kultura i jej dogmaty przynoszą ludziom jednakową szkodę, a w konsekwencji borykamy się z tymi samymi zniewoleniami i ograniczeniami. Oczywiście pisząc „kultura” mam na myśli pewien zbiór przekonań oraz oczekiwań wobec ludzi, które powinny być spełniane, aby inni nas akceptowali jako osobę „pasującą” do otoczenia. Oczekiwania te są związane ze sposobem życia, momentem założenia rodziny, posiadania dzieci, spełniania „powinności” przynależnych do ról społecznych, a także do religii.

Anita wychowała się na styku różnych kultur, ale jej rdzenną kulturą był hinduizm. Wspólnie z rodzicami autorka mieszkała w Hongkongu więc miała kontakt także z kulturą chińską oraz europejską. Jej rodzice byli tradycyjnymi hinduistami i codziennie modlili się do bóstw Kriszny, Lakszmi, Siwy, Hanumana i Ganesy oraz studiowali Wedy Hinduskie. Anita uczęszczała jednak do szkoły prowadzonej przez katolików, poznawała więc różne tradycje i to pozwalało widzieć, że ludzie żyją bardzo różnorodnie i ich wierzenia bardzo się różnią. W kulturze hinduskiej małżeństwa są aranżowane a rola kobiety w domu jest ściśle określona, takie też oczekiwania miała rodzina względem Anity.

Wychowano mnie w wierze, że kobiety powinny być uległe. Zawsze istniał jakiś osąd wobec tych kobiet, które były nadmiernie asertywne, stanowcze lub piastowały wysokie stanowiska, gdyż podstawową rolą kobiety była rola wspierającej żony i matki. Nigdy nie spełniałam tego standardu. Marnowałam życie na osądzaniu siebie, biczowaniu się za to, że nie spełniam tych oczekiwań. Zawsze czułam się nieadekwatna.

Wierzyłam też zawsze, że nie jestem wystarczająco uduchowiona i powinnam popracować intensywniej w tym obszarze. Teraz odkryłam, że wszyscy jesteśmy istotami duchowymi, bez względu na to, co robimy lub w co wierzymy.

Każda kultura ma swoje zasady – poddałam refleksji pytanie jakie oczekiwania ma wobec mnie nasza kultura? Na pewno jest to pewna stabilizacja zawodowa, małżeństwo, a następnie dzieci. Jeśli któryś z tych etapów nie następuje zaczynamy czuć się źle, nie tacy, nie pasujący. Kto z nas ma odwagę przyznać się przed samym sobą, że już nie wspomnę że przed innymi, że np. nie chce mieć dzieci? Jak czuje się wiele wspaniałych osób, szczególnie kobiet, które w wieku 30 lat nie znalazły partnera? To poczucie wyobcowania i cierpienia nie omijało także Anity, której wiek nakazywał, aby związała się z mężczyzną w zaaranżowanym małżeństwie. W ostatnich dniach wiele emocji wzbudził zamieszczony na YouTubie film 11 letniej jemeńskiej dziewczynki, które uciekła od rodziny, ponieważ chciała uniknąć zaaranżowanego małżeństwa ze starszym mężczyzną. Taka postawa wiąże się z odrzuceniem przez społeczeństwo, często przez rodzinę. Taką cenę trzeba zapłacić, za bycie wierną sobie.

Moi rodzice żywili nadzieję, że jeśli przedstawią mnie odpowiedniemu mężczyźnie, zmienię się dla niego i stanę się miłośniczką życia rodzinnego.

Jednak gdzieś w głębi nosiłam uczucie, że jestem w jakiś sposób niewystarczająca. Czułam, że gdzieś zawiodłam, że nie osiągnęłam tego, czego ode mnie oczekiwano.

Byłam takim uszkodzonym towarem..wadliwym.

Najzwyczajniej w świecie nie czułam się gotowa, aby mieć dzieci, ale w mojej kulturze moment, w którym wychodzisz za mąż, oznacza też początek rodzicielstwa. Często byłam rozdarta między oczekiwaniami otoczenia, a tym, czego sama naprawdę chciałam, i nierzadko czułam się po prostu niedostosowana przy moich znajomych przez to, że nie pragnę tych samych rzeczy, co oni, a zwłaszcza przez moją chęć oddalenia macierzyństwa.

Znów odczuwałam stary lęk przed „niedorównaniem innym”, który czaił się gdzieś we mnie.

Ponieważ w hinduiźmie powszechna jest wiara w reinkarnację, wielu ludzi z otoczenia Anity, kiedy dowiedziało się, że zachorowała na raka próbowali ją pocieszyć (albo raczej siebie):

Czułam też dyskomfort, gdy ludzie z mojego otoczenia sugerowali, że to moja karma – że musiałam zrobić coś w poprzednim życiu, co spowodowało tę karę. Ponieważ sama wierzyłam w karmę, czułam, jak gdybym zrobiła coś, czego powinnam się wstydzić, i dlatego zasłużyłam na chorobę. Wydawało mi się, że jestem osądzana, i to czyniło mnie bezradną.

My także często spotykamy się z nieudolnymi próbami nadania sensu bądź wyjaśnienia naszego cierpienia w kontekście religijnym słysząc słowa „Bóg tak chciał”, „Bóg daje krzyż tym, których kocha”. Osobiście uważam je przede wszystkim za niezgodne z prawdą, a zaraz potem za przyczyniające się do pogłębienia cierpienia wielu ludzi.

Starałam się przypodobać innym i obawiałam się dezaprobaty, bez względu na jej źródło. Robiłam wszystko, aby ludzie nie myśleli o mnie źle.

Byłam tak spętana kulturowymi oczekiwaniami, starałam się być tą osobą, jaką oczekiwano, że będę, że naprawdę nie wiedziałam, co jest ważne dla mnie.

Specjalnie tak dużo piszę o kulturze, o tym w co wierzymy i o konsekwencjach, aby zachęcić Was do refleksji na ten temat. Nie chodzi też o to, żeby narzekać na kulturę, ale raczej żeby mieć odwagę do podważania naszych zaszczepionych przekonań i stawiania pytań, poszukiwania odpowiedzi. Kultura i sztywne przyjmowanie dogmatów pogłębia nasze oddzielenie od siebie samych. Próbujemy się naginać, pasować do schematu, wejść do układanki gwałcąc swoje prawdziwe Ja. Tymczasem nasze serce, cichutko i w głębi mówi „nie chcę, nie zmuszaj mnie, proszę, nie zmuszaj mnie”.

Dzisiaj po tylu latach borykania się z objawami lęku jestem coraz bliżej siebie, swojego serca. Wiele moich priorytetów się zmieniło, ponieważ odkryłam, że nigdy nie były moje, a należały do marzeń lub oczekiwań moich rodziców i innych ludzi, a także religii i kultury. Wiele odwagi wymaga rozpoczęcie procesu bycia szczerym ze sobą, oraz podważania tego, w co przez wiele lat wierzyliśmy. Stąd codziennością stały się dla mnie pytania „Małgosia, a Ty czego pragniesz? Czy to sprawia Ci radość? Czy tego naprawdę chcesz? Co jest dla Ciebie ważne?”.

I konieczny jest czas ciszy – żeby móc usłyszeć odpowiedzi. Dlatego podstawą jest dla mnie medytacja wyciszenia. Jestem sama ze sobą i do tej relacji zapraszam także Boga – jako przyjaciela, tego który mnie zna i może pomagać mi odkrywać kim i jaka właściwie jestem. Za tym idzie wybieranie tego, co pochodzi z mojego serca – częstokroć okazuje się, że jest to niezgodne z tym, czego od nas oczekują inni ludzie, także ważne osoby – jak rodzice. Czasem jest to także niezgodne z tym, czego, jak nam się wydaje, oczekuje od nas Bóg – pytanie tylko czy to prawda, że Bóg od nas tego oczekuje, czy to raczej inni ludzie nam powiedzieli, że tego oczekuje. Do takich przekonań może należeć choćby myślenie, że dla Boga jesteśmy wartościowi, kiedy cierpimy. Albo, często spotykane nieświadome myślenie, że zasługujemy na karę, z związku z tym kiedy zaczynamy odczuwać szczęście – natychmiast odzywa się poczucie winy.

Tymczasem historia Anity pokazuje nam coś zupełnie innego, inni spojrzenie na człowieka, inne spojrzenie na Boga i inne spojrzenie na życie i naszą w nim rolę.

Spójrz na moją ścieżkę życia! Dlaczego, ach, dlaczego zawsze byłam dla siebie taka surowa? Dlaczego zawsze się biczowałam? Dlaczego zawsze wypierałam się siebie? Dlaczego nigdy nie stanęłam w swojej obronie, aby pokazać światu piękno mojej duszy? Dlaczego tłumiłam swoją inteligencję i kreatywność, aby zadowolić innych? Zdradzałam siebie samą za każdym razem, kiedy mówiłam „tak” choć myślałam „nie”. Dlaczego zadawałam sobie gwałt, zawsze szukając akceptacji innych? Dlaczego nie podążałam za pięknym głosem mojego serca i nie głosiłam własnej prawdy?

Po doświadczeniu NDE zrozumiałam, że celem mojego życia było rozszerzenie tego obrazu (świata – przypis mój) dopuszczenie do mojego życia więcej wspanialszych doświadczeń. Próbowałam więc rozszerzać granice tego, co było uważane za możliwe, we wszystkich obszarach, w których kiedyś odnajdywałam ograniczenia. Zaczęłam kwestionować rzeczy, które wszyscy uważaliśmy za prawdę, a które w rzeczywistości, były po prostu przekonaniami zdeterminowanymi przez społeczeństwo. Przyglądałam się wszystkiemu, co w przeszłości uważałam za negatywne lub niemożliwe, i kwestionowałam to, a szczególnie przekonania wyzwalające we mnie uczucie strachu czy nieadekwatności. Dlaczego w to wierzę – pytałam samą siebie. – Czy to czysto kulturowe i socjalne uwarunkowanie? Kiedyś z pewnością mnie to dotyczyło, ale czy nadal tak jest? Czy służy mi wiara, aby nadal wierzyć w coś czego mnie nauczono i w czym wychowano?

Lęk przed śmiercią, lęk przed życiem

Anicie towarzyszył coraz większy lęk przed życiem. Targana oczekiwaniami otoczenia, próbująca odnaleźć siebie, coraz bardziej zaczęła bać się życia.

Czego się bałam? W zasadzie wszystkiego, w tym poniesienia klęski, bycia nielubianą, rozczarowania ludźmi, bycia niewystarczająco dobrą. Bałam się też chorób, szczególnie raka, a także leczenia raka. Bałam się żyć i byłam przerażona perspektywą śmierci.

Zaczęłam wierzyć, że wszystko powoduje raka – pestycydy, mikrofalówki, konserwanty, żywność modyfikowana genetycznie, słońce, zanieczyszczenie powietrza, plastykowe pojemniki na żywność, telefony komórkowe i tak dalej. Zaszło to tak daleko, że w końcu zaczęłam się bać samego życia.

Moje doświadczanie życia stawało się coraz uboższe, bo świat wydawał mi się groźnym miejscem.

W końcu przyszła choroba – rak – chłoniak. Lekarze zalecili chemię, ale Anita bała się leczenia. Zaczęła szukać pomocy w tradycyjnych szkołach leczniczych. Jej zmagania i determinacja przypomniały mi moje próby znalezienia pomocy, szczególnie bliskie mi były dezinformacja, zagubienie i chaos. Sięgałam po te same lecznicze szkoły tradycyjne – ajurwedę, medycynę chińską, homeopatię, pracę z ciałem, masaże, modlitwę, medytacje, msze z modlitwą o uzdrowienie, ekologiczną medycynę zachodnią. I podobnie jak Anita spotkałam się z wieloma sprzecznymi zaleceniami.

Otrzymywałam sprzeczne przesłania z każdej z tych dyscyplin. W systemie zachodniej naturoterapii cukier i nabiał są uznawane za absolutnie zabronione, co więcej, uważa się je za pokarmy przyczyniające się do wzrostu komórek rakowych. W ajurwedzie, z drugiej strony, nabiał jest koniecznością; cukier natomiast i słodkie potrawy są wymagane jako część zbilansowanej diety, w oparciu o system równoważenia smaków.

Uczestnicząc w Mszach z modlitwą o uzdrowienie często spotykałam się ze zdaniem, że powinnam wybaczyć, że brak wybaczenia stoi mi na drodze. Pamiętam te modlitwy i ciągłe zmuszanie się do wybaczenia, oraz poczucie winy, że skoro nadal nie jestem uzdrowiona to znaczy, że zbyt mało kocham, że wciąż nie wybaczam. Dzisiaj widzę jak takie podejście pogłębiało gwałt na mnie samej i nie służyło nikomu ani niczemu. Dlatego czytając słowa Anity, która podobnie przeżywała tą sytuację czułam wielkie zrozumienie i znalazłam kolejne potwierdzenie, że to droga kończąca się ślepą uliczką.

Próbowałam leczenia wiarą, modlitwy, medytacji i uzdrawiania energetycznego. Pracowałam nad wybaczaniem i wybaczyłam wszystkim, których znałam, po czym znów im wybaczyłam. (..) Próbowałam diety wegańskiej, medytacji na szczytach gór, jogi, ajurwedy, równoważenia czakr, ziołolecznictwa chińskiego, uzdrawiania praniczego i chi gong. (..) Nie mogłam tylko zrozumieć, dlaczego to wszystko mi się przytrafiło.

Rak zaczął niszczyć ciało Anity w coraz szybszym tempie. Pomimo podjęcia wielu działań zaradczych jej stan był coraz gorszy. W ciągu trzech lat rak zniszczył ciało, wnętrzności, a także spowodował wiele otwartych ran. W końcu Anita przestała także jeść i z dnia na dzień jej stan się pogarszał. Aż któregoś dnia zaczęła „opuszczać życie”.

Czułam jak emocjonalne przywiązanie do najbliższych i do mojego otoczenia słabnie i znika. W miarę jak pozwalałam temu odejść, ze wszystkich stron zaczęło mnie otaczać coś, co mogę jedynie opisać jako wspaniałą, cudowną, bezwarunkową miłość.

Doświadczenie śmierci opisane przez Anitę pozwoliło jej ujrzeć siebie w prawdzie. Spojrzała na swoje życie i na to, w jaki sposób sama siebie traktowała. Nie będę tu jednak opisywać tego, co działo się „po drugiej stronie”, a ciekawych odsyłam do książki. Bardziej chcę się skupić na tym, w jaki sposób to doświadczenie wpłynęło na jej dalsze życie, na myślenie o sobie i postrzeganie siebie. Myślę, że te wnioski mogą być dla nas bardzo pomocne.

Po przeżyciu NDE Anita, ku zdziwieniu lekarzy i  rodziny wróciła do życia. Co prawda, wszyscy raczej sądzili, że śmierć nastąpi ponownie niebawem, ponieważ ciało Anity już nie pełniło wielu koniecznych funkcji życiowych. Anita jednakże zaczęła wracać do zdrowia. Jej ciało zaczęło się w sposób cudowny powoli regenerować. Anita pisze w książce, że stan, którego doświadczyła był tak naturalny i uwalniający, że nie chciała wracać z powrotem do życia, ale jednak to nastąpiło.

Nauka miłości do siebie

Po powrocie Anita przede wszystkim przewartościowała życie oraz to co myślała na swój temat i temat życia oraz świata. Dostrzegła, że jej życie jest wpisane do pewnej całości, w której jej istnienie ma niepowtarzalne znaczenie i sens.

Zrozumiałam, że sam fakt istnienia czyni mnie wartą czułej uwagi, a nie osądzania.

Zrozumiałam, że prawdziwą radość i szczęście mogę znaleźć tylko poprzez kochanie samej siebie, wchodzenie w siebie, podążanie za moim sercem i robienie tego, co sprawia mi radość. Dokonałam odkrycia, że kiedy moje życie wydaje się pozbawione kierunku i czuję się zagubiona, oznacza to tak naprawdę, że straciłam poczucie siebie. Nie jestem połączona z tym, kim naprawdę jestem i kim się stałam. Działo się tak zazwyczaj wtedy, gdy przestawałam słuchać mojego własnego wewnętrznego głosu i oddawałam swoją siłę zewnętrznym  źródłom, takim jak reklamy telewizyjne, gazety, duże formy farmaceutyczne, moi koledzy, wierzenia kulturowe i religijne i tym podobne.

Ten opis oddaje cierpienie wielu z nas. Jak bardzo daleko jesteśmy od siebie samych, od tego kim w istocie jesteśmy. Mamy pewne przekonania dotyczące świata i naszej w nim roli i często ich nie spełniamy – w wyniku czego czujemy się gorsi, nie tacy. Gonimy za osiągnięciem standardu, poziomu życia, chcemy stać się kimś i wciąż nie doświadczamy spełnienia, a wręcz przeciwnie, naszym udziałem jest pustka.

Dziś postrzegam objawy nerwicowe jako pewnego rodzaju informację płynąca z naszych ciał i umysłów, że źle żyjemy! Że krzywdzimy siebie. Że wymagamy od siebie za dużo, albo w złych dziedzinach. Żyjemy głównie napędzani lękiem, poczuciem winy. Skoncentrowani na tym, jak bardzo złymi i grzesznymi ludźmi jesteśmy – „prochem” i niczym więcej. Owszem, potrafimy być prochem. Ale to nie jest cała prawda o nas samych. Jesteśmy niezwykli – jeśli żyjemy w zgodzie z naszym sercem stajemy się kreatywni, stajemy się dobrzy dla siebie, oraz dla innych. Możemy żyć akceptując życie ze wszystkimi jego przejawami – także cierpieniem i umieraniem. Każdy z nas ma specjalne miejsce we Wszechświecie – miejsce stworzone tylko dla niego. Po raz kolejny okazuje się, że śmierci najbardziej boją się, którzy wciąż nie żyją, którzy boją się żyć. Kiedy nawiążemy kontakt z naszym sercem i żyć z nim z zgodzie – wtedy objawy ustępują. Wtedy znika lęk. Lęk w nerwicy jest jak wielkie czerwone światło ostrzegawcze. Objawy muszą być tak mocne, tak bolesne i trudne, żebyśmy odważyli się zmienić nasze życia, odważyli się wyjść poza utarte schematy, odważyli się podważyć to, w co dotychczas wierzyliśmy. Takie cierpienie prowadzi do desperacji, a desperacja, kiedy się już wszystko straciło, daje siłę do zmian. Wtedy, właśnie w dużym cierpieniu, bądź na progu śmierci, wtedy dopiero pierwszy raz człowiek myśli „straciłem wszystko, cóż więc, teraz mogę postąpić wbrew oczekiwaniom rodziców, Kościoła, religii teraz mogę być szczery sam ze sobą, bo już nie mam nic do stracenia”. Chciałabym, żebyście spróbowali spojrzeć na objawy jako objaw mądrości Waszych ciał, a nie jako chorobę. Objawy mają swoją konkretną przyczynę, głęboki sens. Warto, abyśmy uczyli się zaufania do naszego ciała, że skoro są objawy – jest też bardzo konkretna przyczyna.

Jesteście wspaniałymi ludźmi. Macie serca i jest w Was wielki potencjał. Podobno Anioły darzą człowieka wielkim szacunkiem i traktują go jak bohatera, bo one nie dostąpiły zaszczytu dojrzewania tu na Ziemi. Myślę, że wciąż nie rozumiemy naszej roli bycia tutaj. To już teraz możemy dostąpić i Nieba i Piekła. To właśnie sami najczęściej to Piekło sobie sprawiamy.

Nie wyrażałam prawdziwej siebie, bo moje obawy nie pozwalały mi na to. (..) Zrozumiałam jak surowo siebie traktowałam i osądzałam przez całe życie. Nikt mnie nie karał. Wreszcie pojęłam, że to ja nie wybaczyłam, nie inni ludzie. To ja byłam tą osądzającą mnie osobą, której się wyparłam, której nie kochałam wystarczająco.(..) Sam fakt, że istnieję, sprawiał, że zasługiwałam na bezwarunkową miłość. Wiedziałam już, że nie muszę robić nic, aby na nią zapracować – ani modlić się, ani błagać, nic.

Od czasu mojego NDE nauczyłam się, że ideologie, których się kurczowo trzymam, tak naprawdę działają przeciwko mnie. (..) Jeśli trzymam się tylko tego, co jestem w stanie sobie wyobrazić, wstrzymuje to mój potencjał i to, co mogłoby wejść do mojej egzystencji. Jednak jeśli jestem w stanie zaakceptować fakt, że moje zrozumienie jest niekompletne i jeśli nie czuję dyskomfortu w obliczu niepewności, otwieram się na bezmiar możliwości.

My nerwicowcy chcemy wszystko kontrolować. Ta kontrola daje nam złudne poczucie bezpieczeństwa. Zapominamy, że świat jest pewną całością, a życie ma swój nurt, któremu możemy się oddać. Na pewno łatwiej odpuścić będzie ludziom, którzy wierzą w dobrego Boga. Zachęcam Was, żebyście uczyli się odpuszczać wszystko. Tak jak uczy odpuszczania ciała Pauline w medytacji wyciszenia, tak dobrze jest odpuszczać wszystkie inne sprawy w naszym życiu. Powierzać je Bogu, życiu bądź Naturze, jakkolwiek rozumiecie tą większą siłę.

Zauważyłam, że w wyniku mojego NDE jestem silniejsza wtedy, gdy odpuszczam, kiedy zawieszam swoje wierzenia i nieufność i otwieram się na wszystkie możliwości. (..) Procesu odpuszczenia i uwalniania wszelkiego przywiązania do przekonań czy oczekiwanych rezultatów jest oczyszczający i uzdrawiający. Dychotomia tego polega na tym, że aby mogło mieć miejsce prawdziwe uzdrowienie, muszę pozwolić odejść mojej potrzebie wyzdrowienia i po prostu cieszyć się i ufać w podróż zwaną życiem.

Nie działać, a być

Z początku może być trudno odróżnić, co tak naprawdę nas motywuje. Różnica polega na tym, że umysł koncentruje się bardziej na robieniu, a dusza na byciu. (..) Myślisz, jak zarabiać więcej pieniędzy, aby kupić jedzenie i zapłacić za czynsz, podczas gdy dusza pragnie tylko wyrażać siebie.

Kiedy żyjemy całkowicie w umyśle przez jakiś czas, tracimy sens naszego nieskończonego ja i zaczynamy czuć się zagubieni. Dzieje się tak wtedy, gdy jesteśmy w trybie robienia zamiast bycia. To drugie oznacza życie w duszy i jest stanem przyzwolenia. Oznacza pozwolenie sobie na bycie tym, kim i czym jesteśmy, bez osądzania.

Odkryłam, że aby określić, czy moje działania wynikają z „bycia” czy „robienia”, muszę jedynie przyjrzeć się emocjom stojącym za moimi codziennymi decyzjami. Czy to lęk, czy też pasja? Jeśli wszystko, co każdego dnia robię napędzane jest pasją i radością życia, wtedy „jestem”, ale gdy moje działania są wynikiem lęku, wówczas jestem w trybie „robienia”.

Jak więc żyć?

Miałam być po prostu sobą i nie lękać się! W ten sposób pozwalałam sobie na stawanie się instrumentem miłości.

Wróciłam tylko po to, żeby być. Z tego powodu wszystko co robię wynika z miłości. Nie martwię się już tym, aby wszystko mi się udawało, albo żeby postępować zgodnie z zasadami czy doktrynami. Idę po prostu za głosem serca i wiem, że kiedy tak postępuję, nie mogę się pomylić.

Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że mamy tu po prostu przyjść i czuć się dobrze ze sobą i z życiem – po prostu wyrażając siebie i bawiąc się tym.

Pozwalam sobie na negatywne uczucia wobec rzeczy, które mnie denerwują, ponieważ o wiele lepiej jest doświadczać prawdziwych emocji, niż je w sobie tłumić. Jeszcze raz: chodzi o pozwalanie sobie na to, co rzeczywiście czuję, a nie walkę z tym. Sam akt pryzwolenia bez osądzania jest aktem miłości wobec samego siebie.

Kiedy osądzamy któreś z naszych emocji jako negatywne i próbujemy im zaprzeczyć, tłumimy część siebie takich, jakimi jesteśmy.

Czułam, że to my czynimy wszystko ciężkim przez nasze nieuzasadnione idee i przekonania.

Bibliografia:
Umrzeć, by stać się sobą, Anita Moorjani; Studio Astropsychologii, Białystok 2013
Reklamy
Dodaj komentarz

7 Komentarzy

  1. ewelina

     /  Sierpień 2, 2013

    czuję taki spokój po tym poście…. dziękuje :*
    Jesteś naprawdę cudownym człowiekiem Gosiu!

  2. A dla mnie bezsens. Ja chyba swoją psychikę mam bardziej chorą,niż sądziłam. Nie zrozumiałam z tego artykułu nic. Od zawsze żyłam-robiłam, mówiłam, to co uważałam za zgodne z samą sobą. Od 15lat nie mogę pozbyć się nerwicy. Trochę spokoju i uderza znów-co raz mocnej na coraz dłużej. Przebyłam „podróż w głąb siebie” (brandon bay bodajże) i całe mnóstwo innych „cudownych” metod leczenia i samoleczenia. Mnósto książek i różnorakich metod. I gó… żadnych efektów. Wiara w Boga zawiodła najbardziej. Hasła typu że kogo kocha temu krzyż daje-doprowadza mnie do tzw białej gorączki! Sadysta! Nie ma żadnego boga! A nawet jeśli istnieje-to albo ogłuchł, albo uodpornił się na ludzkie cierpienie. A moja teoria-może wszystko widzi i słyszy,ale pomóc nam nie może. Nie wierzę w hasła,że mam za słabą wiarę,za mało kocham,nie wybaczyłam, setki ble ble ble! Życie pokazało mi wszystko w innym światle niż uczono mnie,kiedy poznawałam swoją wiarę.

  3. „Życie pokazało mi wszystko w innym światle niż uczono mnie,kiedy poznawałam swoją wiarę.” – to jest zdanie kluczowe! Szukaj prawdy! Bo prawda niewiele ma wspólnego z tym, czego Cię uczyli. Dla mnie właśnie to zdanie stało się początkiem. Podważanie tego co mówili „mądrzy” inni. I stawianie pytań sobie w sercu, Bogu. „Skoro już wiem, że wszystko w co wierzyłam to kłamstwo, albo już sama nie wiem w co wierzyć, to pytam – CO JEST PRAWDĄ? Jeśli jesteś Boże – to JAKI? O co Ci właściwie chodzi? O co chodzi w tym cholernym życiu???” Wpierw była cisza. Trwałam w niej czekając na odpowiedzi. I one przyszły. I okazało się, że 3/4 tego w co wierzyłam, co mówili mi inni, prawdą nie było.

  4. A z hasłem „kogo kocha temu daje krzyż” też swoje przeszłam. To zdanie jest chorym zdaniem, które powtarzają ludzie, którzy próbują za wszelką cenę być „adwokatem Boga” wobec tak gigantycznej tajemnicy jaką jest cierpienie. Cierpienie jest obrzydliwe zawsze i mówienie tak ludziom cierpiącym jest kompletnym nieporozumieniem. To właśnie, zamiast być z człowiekiem, mówi się takie idotyczne zdania. To zdanie jest też toksyczne także dlatego, że buduje nienormalny, chory obraz Boga. Czas zmierzyć sie z tym chorym bogiem, w którego wierzyliśmy – sadystą, dumnym dupkiem, który ma nas gdzieś. Czas zacząć pytać „jeśli jesteś to jaki? czy na pewno taki jak mi się wydaje że jesteś? O co Ci własciwie chodzi? Czego chcesz od nas? Dlaczego ja właściwie żyję? Po co to wszystko? ” – to są właściwe pytania.

  5. Bogusia, idź za tymi uczuciami, idź za nimi, bo one dobrze Cię prowadzą. Nie zatrzymuj się jednak na nich, szukaj odpowiedzi! Wkurzaj się! Pytaj! Kwestionuj! To jest właśnie ta droga!! Twoje uczucia Ci ją wskazują!!

  6. Na razie to droga do nikąd. Nie mam żadnej odpowiedzi. Kiedy byłam mała zachorowała poważnie ciocia. Babcia mi mówiła-módl się za jej zdrowie,Bozia kocha dzieci i cię wysłucha. Zasypiałam codziennie z różańcem. W krótkim czasie ciocia zmarła. Od tamtej pory moja wiara też. Miałam jeszcze kilkakrotnie nawroty do wiary,na prawdę mocne. I nic… jak wierzyć? Napisz autorko bloga jaką odpowiedź dostałaś. Bardzo jestem ciekawa. Od tamtych wydarzeń sprzed lat-ile razy nie prosiłam o coś-zawsze stało się odwrotnie. Tłumaczenie typu-ciesz się że jest tak,bo mogłoby być gorzej,nie jest żadną pociechą,ani tym bardziej wytłumaczeniem jak to Bóg nade mną czuwa. Bzdura!! Uleczyć może tylko wiara. W cokolwiek. Jeśli uwierzysz mocno że tafelek czekolady wyleczy cię z raka,to wyleczy cię na pewno. Bo wyleczy cię twoja wiara. Dlaczego, będąc świadomą tak wielu aspektów działania psychiki, znając swoje wnętrze, znając mechanizm strachu, paniki i nerwicy, nie umiem poradzić sobie z nią już od 15tu lat? Gdzie przyczyna!? Jak nad tym zapanować,jak to jest jak miłość-ślepa i głucha na argumenty rozsądku

  7. golak

     /  Kwiecień 29, 2014

    Bogusiu, tamto doświadczenie z dzieciństwa było rzeczywiście trudne. Przeżyłaś stratę i nikt z dorosłych sensownie tego Ci nie wytłumaczył. Piszesz, że miałaś nawroty wiary – mocne. Wybacz, ale pewnie Ci się zdawało. Cierpienie zawsze nas w przykry sposób sprawdza i zazwyczaj się okazuje, że wcale tak mocno nie ufamy Bogu , jak się nam wydawało. Wyobraź sobie, że nigdy , przenigdy nie buntowałam się na nic trudnego w moim życiu, np. gdy chorowałam 20 lat na astmę. O innych rzeczach nie napiszę. Nawet na pierwszy, traumatyczny atak nerwicy. Zero buntu, koleżanki mówiły : no tak , ty masz mocną wiarę. Kiedy nastąpił drugi poważny atak choroby przy próbie odstawienia leków, przeżyłam ten bunt. Krzyczałam w duchu , dlaczego Bóg chce , bym odchodziła od zmysłów ze strachu, krzyczałam, że za dużo ode mnie wymaga, że nie potrafię tego znieść, a nawet modlić się nie mogę . Pytałam: jaki jest sens takiego cierpienia?Przecież mam dzieci , starych rodziców, pracę , muszę funkcjonować. Płakałam na głos , mówiąc, że nie chcę wiele, chcę normalnie żyć, nie czuć już tego irracjonalnego strachu. No i najważniejsze – nie chcę być zależna od tabletek , bo to nie ja. A ja chcę siebie takiej – sprzed, wiesz, o co chodzi. Podobnie jak Ty – jestem świadoma wszystkiego . Znam mechanizm choroby. Wiem, czym się straszę i że sama sobie to robię. Moja terapeutka podkreśla to często.
    Uważam , że prawdziwe spotkania z Bogiem ZAWSZE kosztują nas sporo, zanim się z Nim ” dotrzemy”. On myśli inaczej niż my, widzi inaczej nasze życie , a bolesna konfrontacja dochodzi do głosu wtedy, gdy my swoje , a On swoje. I wtedy ta szarpanina, chaos , nieuporządkowanie. Sztuką jest dojść do zestrojenia, harmonii, a to wymaga czasu , sporych poszukiwań, niestety – przefiltrowania sumienia, ćwiczeń duchowych. To jest potężna praca na całe życie. Ale daje efekty i wcale nie trzeba na nie długo czekać. Kryzysy zaś były i będą. Przypomnij sobie Jezusa , który krzyknął w bólu : Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił ?! Trzymaj się , szukaj nieustannie, a znajdziesz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: