Inne spojrzenie na egocentryzm w nerwicy

Nie mam wątpliwości, że przebywanie w towarzystwie osoby z nerwicą na dłuższą metę jest bardzo trudne i męczące. Już nawet sam prof. Kępiński pisał:

Cechą charakterystyczną dla osób chorych na nerwicę jest ich przekonanie, że nie ma ludzi bardziej nieszczęśliwych i chorych niż oni. (..) Człowieka zdrowego irytuje, że ktoś (chory na nerwicę – przyp. autora) podkreśla swoją „inność”, zajmując się tylko sobą, gdy on sam musi z własnej  „inności” rezygnować. Stąd biorą się rady dawane chorym na nerwicę, w rodzaju: „trzeba się wziąć w garść”, „każdy człowiek ma swoje zmartwienia”, „nie trzeba tylko myśleć o sobie” itp.

I faktycznie tak jest. Jednakże..

Zawsze kiedy czytałam książki pisane przez lekarzy, irytował mnie sposób, w jaki pisali o egocentryzmie osób chorych na nerwicę. Wielokrotnie analizowano w publikacjach naturę tego egocentryzmu, rolę w procesie rozwoju, irytację jaką wywołuje. Odnosiłam wrażenie, że spojrzenie na osoby z nerwicą jest nacechowane dość negatywnie, także poprzez nieszczęsny egocentryzm. Zgadzam się z tym, że wszelka pomoc i przebywanie z osobami nerwicowymi jest trudne i wymaga wielkiej cierpliwości, której chyba żaden normalny człowiek nie może z siebie wykrzesać bez towarzyszących temu emocji irytacji i złości, dopatruję się jednak w owym egocentryzmie czegoś głębszego – jakiejś głębszej roli i funkcji, niż tylko irytowania wszystkich wokół.

Nie będę pretendować do bycia mądrzejszą od profesora, którego dorobek bardzo sobie cenię, jednakże pozwolę sobie na pewną drobną polemikę.

W Psychopatologii nerwic prof. Kępiński pisze:

Każda choroba łączy się z pewną regresją do dziecięcego egocentryzmu. W nerwicy jednak egocentryzm znacznie wykracza poza te granice. Chory somatycznie nigdy nie jest tak skoncentrowany na swoim cierpieniu, jak chory z nerwicą, i nie czuje się tak nieszczęśliwy, jak on. (..)W egocentryzmie nerwicowym jest wyraźna pretensja w stosunku do otoczenia – „nikt mnie nie rozumie”, „nikt nie chce mi pomóc”.

Czy jednak można się temu dziwić? W przypadku chorób somatycznych można liczyć na jedną z najważniejszych form wsparcia społecznego – na ZROZUMIENIE. Aby dać komuś zrozumienie nie trzeba samemu doświadczyć bólu złamanej nogi, bądź bólu woreczka żółciowego, ale na bazie własnych doświadczeń można sobie to wyobrazić. Można także wnioskować jakie konsekwencje dla cierpiącego, bądź jego rodziny, przyniesie dana choroba. Takie osoby otrzymują konkretne wsparcie medyczne – leki, bądź operację, oraz wsparcie społeczne. Takie warunki sprawiają, że dana osoba może funkcjonować ze swoją chorobą, może przeżyć ból, cierpienie, lęk, ponieważ ma stworzone warunki, które umożliwiają jej pełne przeżycie choroby.

A jak wygląda sytuacja osoby z nerwicą? Przede wszystkim dzieją się dziwne rzeczy z jej ciałem. Często zawodzi, serce bije szybko, słabnie, mdleje i wszystkie te objawy dzieją się naprawdę. Można je wykazać na EKG, można wykazać w innych badaniach. Mimo, że ciało zachowuje się dziwnie, nienaturalnie, lekarze nic nie znajdują, nie są w stanie pomóc i w krótkim czasie pojawia się ich irytacja, a czasem nawet pogarda. Po pierwszym wstrząsie także rodzina, słysząc, że to tylko nerwy, zaczyna doświadczać tej irytacji i kończy się zrozumienie. Jaki jest tego efekt? Nerwicowiec zostaje z problemem sam. Nikt FAKTYCZNIE nie jest w stanie mu pomóc. Nikt też FAKTYCZNIE nie zrozumie tego co on czuje, ani co się z nim dzieje. NIE MA stworzonych warunków do przeżycia lęku, obaw o swoje życie, a z czasem przyjęcia tych dziwnych objawów, ponieważ nikt na to mu nie pozwala. A ciało nadal zachowuje się dziwnie. Objawy nadal postępują i dochodzi do tego niesamowicie silne przekonanie o bliskości śmierci – silny lęk. Jednak osoba przeżywająca to nie ma wsparcia – ponieważ NIKT nie jest w stanie dać jej ZROZUMIENIA, a przez to UPRAWOMOCNIENIA przeżywanego cierpienia. Tak jest i nic tego nie zmieni. Nie chodzi mi bowiem o to, żeby teraz pisać „bo to wina innych, albo inni powinni..”, chodzi mi tylko o spojrzenie na ten egocentryzm z innej strony.

Czy więc można się dziwić, że w takich realiach pojawia się egocentryzm?

Nie na tym chcę jednak zakończyć swoje rozważania. Wydaje mi się, że egocentryzm pełni znacznie większą rolę, niż się powszechnie wydaje.

W podręcznikach egocentryzm w nerwicy jest postrzegany jako niechciany objaw zaburzeń nerwicowych. Ja jednak odnoszę wrażenie, że egocentryzm jest jednym z automatycznych odpowiedzi organizmu, mających ułatwić odzyskanie równowagi przez człowieka. Jest to mechanizm, który uruchamia się samoczynnie i ma właśnie prowadzić do skoncentrowania się na sobie, do wyłączenia się na jakiś czas ze świata, z typowej dla zdrowej osoby równowagi między „dawaniem” i „braniem”. Zauważyłam, że wiele takich mechanizmów pojawia się wraz z wybuchem nerwicy (ale o tym napiszę innym razem).

Profesor pisze:

Egocentryzm jest właśnie wyrazem zaburzonego stosunku do samego siebie.

A ja bym powiedziała  – nerwica jest efektem zaburzonego stosunku do samego siebie, a egocentryzm, jako następstwo nerwicy, stanowi raczej mechanizm skłaniający jednostkę do powrotu do siebie. Nerwica jest właśnie czasem, kiedy konieczny jest powrót do siebie, odnalezienie siebie. Trzeba często przekopać się przez grube pokłady wizji innych osób względem nas, pragnień innych ludzi, które wzięliśmy za swoje, zdrad siebie samego, których dokonaliśmy chcąc zasłużyć na miłość. I egocentryzm może nam w tym pomóc.

Odnalezienie samego siebie i pójście własną drogą w życiu uwalnia od nerwicy. A także sprawia, że egocentryzm naturalnie odchodzi. Jak odstawiony lek, który już nie jest potrzebny.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że egocentryzm jest bardzo trudny do zniesienia dla osób, które są w otoczeniu nerwicowca. Niewątpliwie trudne jest także wyłapanie granic, kiedy można odpuścić chorej osobie, a kiedy powinno się ostro wymagać. Rodzinie może w tym pomóc terapeuta, który powie, w jaki sposób podejść do takiej osoby, jak ją wspierać, a w jakim zakresie od niej wymagać. Wsparcie ze strony rodziny jest jednak często znacznie bardziej skomplikowaną sprawą. Pomijając przypadki, kiedy nerwica jest efektem przeciążenia z powodu trudnych wydarzeń życiowych, często miały wpływ na jej powstanie różne nieprawidłowe mechanizmy rodzinne. I nie chodzi tu koniecznie o jawną patologię w rodzinie, ale raczej o mniej lub bardziej służące człowiekowi sposoby funkcjonowania w rodzinie. Często kiedy jedna osoba zaczyna pracować nad sobą, system ulega degradacji i następuje eskalacja problemów. W takich sytuacjach rodzina nie jest w stanie dać wsparcia osobie z nerwicą i takich przypadków jest najwięcej. Ale jednocześnie – znów, nie bez powodu, cały ten proces może właśnie wesprzeć zmiany w nerwicowcu (o tym szerzej także innym razem).

Oczywiście, może być tak, że osoba nie podejmie się pracy nad sobą, koniecznej do wyjścia z nerwicy i może wspierana lekami, lub zrezygnowaną rodziną, będzie trwała przez lata w stanie podtrzymujących nerwicę. W takiej sytuacji egocentryzm, jako stały towarzysz tego etapu, nie będzie przynosił „dobrych owoców”. Nie jest to jednak wynik tego, że egocentryzm sam w sobie jest „zły”.

Bibliografia: Psychopatologia nerwic, Antoni Kępiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002 r.

Zdjęcie: Photo by Kyle Glenn on Unsplash

Napad paniki czy lęk uogólniony?

Po czym poznać czy masz zaburzenia lękowe z napadami paniki, czy uogólnione zaburzenia lękowe.

Z napadami lękowymi mamy do czynienia wtedy, kiedy występują przynajmniej 4 z poniżej wymienionych objawów i osiągają szczytowe nasilenie w ciągu 10 minut (wg. DSM-IV):

  • Palpitacje, kołatanie serca lub przyspieszone bicie serca
  • Drżenie lub trzęsienie się
  • Uczucie braku tchu lub duszności
  • Bóle w klatce piersiowej i uczucie ucisku
  • Nudności lub/i dolegliwości żołądkowo-jelitowe
  • Zawroty głowy, niepewność, poczucie oszołomienia
  • Derealizacja (poczucie nierzeczywistości) lub depersonalizacja (poczucie oddzielenia od własnej osoby)
  • Lęk przed utratą kontroli lub/i przed obłąkaniem
  • Lęk przed śmiercią
  • Parastezje (uczucie mrowienia, drętwienia)
  • Uderzenia gorąca, uderzenia zimna

Natomiast w przypadku uogólnionych zaburzeń lękowych mamy do czynienia z:

  • Uporczywym lękiem i poczuciem zagrożenia (mimo braku oznak grożącego niebezpieczeństwa)
  • Nadmiernym pobudzeniem wegetatywne (wzmożone napięcie mięśni, bóle głowy, problemy ze spaniem, brak apetytu lub nadmierny apetyt, niezdolność do uspokojenia się, nadmierne pobudzenie, problemy żołądkowo-jelitowe).

Oswoić śmierć

Próbuję podejść moje lęki od wielu różnych stron. Teraz chciałam zmierzyć się z lękiem przed śmiercią – moim największym lękiem. W zasadzie nie dotyczy on samego procesu umierania, a tego co będzie potem. A konkretnie dwóch spraw: opuszczenia i kary. Nie mam bowiem wątpliwości w swoje wieczne istnienie – odbieram to tak naturalnie jak oddychanie. Wręcz przeciwnie, czasem wpadam w rozpacz z tego powodu, że nie mogę się unicestwić, że życie w wieczności jest nieuniknione i nie kończące się. Wynika to głównie z dużego skupienia na karze. Że nie potrafię wyobrazić sobie siebie w Niebie.

Postanowiłam sięgnąć po książki, które w rzetelny sposób przedstawiają relacje osób, który doświadczyły śmierci klinicznej i pamiętają, co działo się z nimi w tym czasie. Początkowo znalazłam takie pozycje jak: „Pamiętam jak umarłem” Paula Rolanda, czy bliższe wydawnictw katolickich „Po życiu. O niebie, piekle i czyśćcu” Michael Brown, czy „Życie po śmierci” z Biblioteki „Jezus żyje”. Jednak o ile pierwsza z książek prezentowała i promowała koncepcje związane z reinkarnacją, nie przedstawiała więc obiektywnego podejścia, natomiast dwie ostatnie niestety nie były wolne od specyficznego „moralizatorskiego” języka kościelnego – który od razu powoduje u mnie nasilenie myśli lękowych względem Boga i spraw ostatecznych.

Strzałem w dziesiątkę okazała się książka „Życie po życiu” Raymonda Moody, który podszedł do tematu bardzo naukowo. Autor jest lekarzem i dzięki temu miał do czynienia z wieloma pacjentami, z którym mógł przeprowadzać wywiady. Jako psycholog i doktor medycyny, mógł podejść do przypadków ludzi w sposób krytyczny. Jego książkę cechuje przede wszystkim rzetelność i mimo, że autor ukazuje swoje prywatne poglądy, to jednak pozostawia czytelnikowi dużą przestrzeń wolności w przekonaniach dotyczących tak ważnych, i jakże delikatnych spraw.

W książce Raymonda szukałam przede wszystkim dowodów na to, że śmierci nie trzeba się bać, że tam po drugiej stronie nie ma samotności i opuszczenia, a także że Bóg nie jest karzący i okrutny – z którego takim właśnie wyobrażeniem próbuję się uporać. Znalazłam wiele wypowiedzi potwierdzających moje głębokie nadzieje – że nie ma tam ani opuszczenia, ani kary rozumianej po ludzku, ani okrutnego karzącego i nie rozumiejącego Boga. Ogromną radość i nadzieję dały mi także wielokrotnie pojawiające się wypowiedzi, że ważne jest w życiu zdobywanie wiedzy i że w wieczności nadal będziemy mogli ją zdobywać. Bowiem jak myślałam o swojej śmierci i jej nieuchronności, to właśnie żal mi było m.in. tego, że nie będę mogła poznawać świata, podróżować i zdobywać wiedzy.

Kiedy patrzyli na ten przegląd, owa istota jakby chciała podkreślić ważność dwóch spraw w życiu: by kochać bliźnich i by stale zdobywać wiedzę.”
Ludzie po śmierci nie doświadczali ani lęku, ani kary, ani opuszczenia…Nie żałowali także tego, że odeszli z tego świata.

Proszę pamiętać, że na ogół wszyscy stwierdzali, iż w pierwszych chwilach po śmierci pragnęli wrócić do swych ciał i odczuwali wielki żal z powodu zgonu. Jednak jeśli osoba umierająca osiągnęła pewien etap swojego przeżycia, nie chciała wracać do ciała, nawet opierała się temu. Zwłaszcza miało to miejscu w przypadku tych, którzy znaleźli się tak daleko, że zetknęli się ze świetlistą istotą.
„Kiedy wróciłam do swego ciała, płakałam potem przez cały tydzień, bo musiałam żyć na tym świecie, a widziałam już tamten. Nie chciałam wracać.”
„Tylko raz byłam naprawdę przerażona, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie będę mogła umrzeć.”

Bóg nie jest okrutny, nie karze..

„Ku swemu zdumieniu przekonują się, że kiedy świetlista istota widzi ich nawet najbardziej odrażające czyny, reaguje nie gniewem czy złością, lecz wyrozumiałością a nawet humorem.”(..) Wiele osób powróciło z nową koncepcją i nowym zrozumieniem przyszłego świata – wizją, która ukazuje niejednostronny osąd, lecz raczej wszechstronny rozwój, mający jako ostatni cel samorealizację. Wedle tego nowego poglądu rozwój duszy, zwłaszcza w dziedzinie miłości i wiedzy, nie kończy się wraz ze śmiercią.”

Wiedza ma znaczenie…

Wiedza, którą posiadam, jest formą pomocy, którą mogę świadczyć innym.

Książka poruszyła kilka spraw, które nie dawały mi spokoju. Mianowicie – jedna ze spraw, która mnie przerażała – to błąkanie się duchów. Często miewałam lęki, że po śmierci będę się błąkać. Pocieszył mnie fakt, że w sumie niewiele spraw, rzeczy trzyma mnie na Ziemi. Oraz, że „ich stan był przejściowy”..

Kilkanaście osób opowiadało mi, że w którymś momencie swej podróży po tamtej stronie spostrzegło jakieś istoty. Były one jakby „więźniami” jakiegoś nieszczęsnego bytu. Ci, którzy spotkali je na swojej drodze, zgadzają się co do kilku spraw. Po pierwsze stan emocjonalny tych istot uniemożliwiał im zerwanie więzów ze światem fizycznym. Jedna z badanych osób miała wrażenie, że duchy te nie mogły oderwać się od rzeczywistości fizycznej, gdyż były niewolniczo oddane sprawom tego świata: doczesnym dobrom, osobom lub nałogom. Po drugie, wszyscy wyczuwali, że duchy te błąkały się, co odróżniało je od innych istot. Po trzecie, ich stan był przejściowy i trwał do czasu uwolnienia się od ziemskich więzów.

Trudnym tematem pozostaje dla mnie także samobójstwo. Odczuwałam ogromny ból w sercu, z powodu łatwości jaką w Kościele mówi się o grzechach śmiertelnych, zapominając kompletnie o człowieku. Popełniasz samobójstwo? To grzech śmiertelny – nie zostanie wybaczony. Nie mogłam zrozumieć takiego podejścia. Sama doświadczyłam stanu krańcowej rozpaczy, kiedy śmierć wydaje się jedynym rozwiązaniem, jedyną drogą wyjścia. Wiem, co oznacza ten stan. Czy rozumiecie jak wielką siłą jest wola życia? Aby przeżyć człowiek może nawet popełnić wiele zła – zabić kogoś, zabrać jedzenie, nie podzielić się chlebem. Co więc musi się stać w człowieku, żeby dobrowolnie był w stanie odebrać sobie życie??! Jak wielkiego cierpienia musi doświadczać? Jakiej rozpaczy?

Przerażał mnie Bóg, który nie byłby zdolny do przygarnięcia człowieka, który popełnił samobójstwo w obozie koncentracyjnym. Jednak staram się wierzyć, że Bóg jest bardziej miłosierny niż my i sam widzi z jakiego naprawdę powodu, w jakiej sytuacji człowiek popełnia ten dramatyczny czyn.

Wiarę w miłość Boga budują słowa takie jak te:

Mój przyjaciel, który przekroczył granicę „innego świata” na skutek śmierci klinicznej spowodowanej infekcją, kiedy zapytano go o takie sprawy, udzielił interesującej odpowiedzi. Wyraził przekonanie, że Bóg w swej naturze jest bardziej przebaczający i rozumiejący, aniżeli ludzie są w stanie sobie wyobrazić.

W książkach katolickich, które wspominałam na początku, też poruszono ten problem. Oczywiście w taki sposób, że znów obudził się we mnie wielki lęk przed Bogiem. Cieszę się, że Raymond także nie pozostawił tej kwestii. W sumie zaskoczyło mnie to, że jednak samobójstwo w wypowiedziach osób po śmierci klinicznej jawiło się jako zło i dało mi to znów do myślenia. Jednakże temat ten został poruszony w zupełnie innym klimacie, w zupełnie inny sposób. Z wielkim szacunkiem autor milknie przed pytaniami i pochyla się przed miłością Boga. Z tych wypowiedzi wyszłam w refleksji, a nie w lęku.

Ludzie, którzy z różnych przyczyn chwilowo gościli po tamtej stronie, wyznają dość często, że powracali do życia z niechęcią. Natomiast Ci którzy dokonali próby samobójstwa, powracali z głęboką motywacją zmiany swojego życia, na nowo odnajdywali jego sens. Żaden z nich nie odważyłby się targnąć na siebie po razu drugi. Duża liczba osób, które „umarły” w naturalny sposób lub na skutek wypadku mówiła mi, że będąc w tym stanie doznała wrażenie, iż samobójstwo to bardzo niefortunny akt i ponosi się za niego karę. Jeden z mężczyzn, który przeżył śmierć kliniczną w następstwie wypadku, tak to ujął:
Kiedy tam byłem, odczułem, że dwie rzeczy są mi całkowicie zakazane – zabicie samego siebie i zabicie drugiej osoby. Jeśli popełniłbym samobójstwo, odrzuciłbym tym samym Boży dar życia, a jeśli zabiłbym innego człowieka, mógłbym pokrzyżować Boże plany względem tej osoby.
Ktoś inny, kto przeżył śmierć kliniczną, powiedział mi, że podczas swojej bytności po tamtej stronie miał wrażenie, iż samobójcy zostają w jakiś sposób ukarani. Częścią ich pokuty miałoby być uczestnictwo w cierpieniach tych, którzy boleśnie odczuli ich utratę.”

Wiele problemu sprawia mi wciąż temat miłości. Boże przykazanie miłości bliźniego. W wypowiedziach, podczas przeglądania swojego życia, temat ten zawsze jest najważniejszy. Martwi mnie trochę, że nigdy nie padło pytanie o miłość do siebie. To polecenie „miłowania innych” doprowadza mnie do paranoi. Bowiem właśnie moja „wielka miłość” do mamy przyczyniła się w dużym stopniu do nerwicy. To taka miłość, która nie ma względu na siebie samego. Ja dziś nie potrafię kochać. Ponieważ nie potrafię kochać siebie, ani siebie zaakceptować. Mam nadzieję, że nie będę z tego powodu ukarana. Może całe życie zająć mi próba pokochania siebie. Może nie zdążę w swoim życiu pokochać drugiego człowieka taką prawdziwą miłością. A może policzone mi będą chociaż jakieś moje marne gesty wobec innych..Pod tym względem nie radzę sobie z ciągłym poczuciem winy…Miłość jaką poznałam, to miłość od Mamy – uzależniająca, zniewalająca, przejmująca kontrolę, karająca. Nie znam innej. I jeśli to nie „ta” miłość, to ja nie wiem jak powinna wyglądać „ta”.

Kiedy ujrzałam światło, spytało mnie najpierw „Czego dokonałaś, pokaż mi”.(…) A kiedy oglądałam poszczególne sceny nie widziałam światła. Zniknęło, jak tylko zadało mi pytanie, czego dokonałam, i kiedy zaczęły się ukazywać te obrazy (sceny z życia – przypis mój); ale wiedziałam, że ono jest ze mną przez cały czas, że mnie prowadzi przez te obrazy, bo czułam jego obecność, a od czasu do czasu robiło jakąś uwagę. Starało się w każdym takim obrazie coś mi pokazać. Jakby wcale nie chciało zobaczyć, co zrobiłam – to było mu wiadome – ale starało się wybrać pewne sceny z mego życia i ukazać mi je po to, bym je sobie przypomniała. Przez cały czas powtarzało, jak ważna jest miłość. (…)Dało mi do zrozumienia, że powinnam ze wszystkich sił dobrze czynić innym ludziom. A jednak nie było w tym nic z oskarżenia.(..)
„Pytano mnie o miłość; czy nauczyłem się kochać. Wtedy rozumiałem wszystko doskonale, ale teraz trudno mi to wytłumaczyć. Owa istota chciała, abym dokładnie wiedział, o jaki rodzaj miłości jej chodzi. Na pewno nie miała na myśli działania na szkodę innych, ale to, czy potrafię kochać nawet wtedy, gdy znam ludzi bardzo dobrze, nie wyłączając ich upadków i słabości.
Wspomniano o wiedzy jaką posiadłem. Jakiej wiedzy? Trudno mi to wytłumaczyć. Chodziło o tę dotyczącą elementarnych rzeczy, przyczyn ich istnienia, podstawowych zasad wszechświata.”

Źródło: „Życie po życiu”, Raymond A. Moody, Wyd. Zysk i S-ka, rok: 2011

Photo by Alexander Grey on Unsplash

Dobra książka – Człowiek w poszukiwaniu sensu

Viktor Frankl jest dla mnie niezwykłym człowiekiem, chociażby już z tego powodu, że przeżył obóz w Auschwitz. Często poszukiwałam literatury obozowej, bo w jakiś sposób odnajdywałam się w klimacie tamtego ciągłego lęku i oddechu śmierci. Chociaż oczywiście nigdy nie odważyłabym się porównywać mojej sytuacji z sytuacją ludzie w obozie. Viktor Frankl był austriackim psychiatrą. Zasady swojej terapii opartej na sensie opracował jeszcze przed II wojną światową. Doświadczenia obozowe niewątpliwie pogłębiły jego przemyślenia.

Książka „Człowiek w poszukiwaniu sensu” składa się z dwóch części. Pierwsza przedstawia kilka faktów z obozowego życia. Autor raczej unika dosadnych opisów, ale z treści jasno wynika z jak bezwzględną rzeczywistością musiał się zmierzyć człowiek w obozie koncentracyjnym. W drugiej części przedstawia założenia logoterapii.  Logoterapia zakłada, że człowiek, aby żyć i osiągać z życia satysfakcję potrzebuje odnaleźć  swój własny sens, który pomoże mu przetrwać nieuniknione cierpienie oraz trud związany z życiem.

Nie będę opisywać książki. Po prostu wypiszę kilka jego zdań, które szczególnie utkwiły mi w pamięci.

 „Nagle poraziła mnie pewna myśl, po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatania w pieśni poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najwyższym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek.(..) Zrozumiałem, że nawet ktoś, komu wszystko na świecie odebrano, wciąż może zaznać prawdziwego szczęścia, choćby nawet przez krotką chwilę, za sprawą kontemplacji tego, co najbardziej ukochał….kontemplując z uczuciem noszony obraz najdroższej nam osoby.”

„W miarę nasilania się wewnętrznych przeżyć więźnia, jak nigdy wcześniej przeżywał on również piękno sztuki i natury.”
„Próba rozwijania własnego poczucia humoru i stałe uczenie się, aby patrzeć na otaczający nas świat z pełnym dystansu rozbawieniem.”

„Pokuszę się na tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia,  gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary.  Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość  człowieka, bez względu na to czy cierpimy ogromnie, czy też tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęcia najzupełniej względnym.”

„My, którzy byliśmy więźniami w obozach koncentracyjnych dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie było ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru swojej własnej drogi.(..)

Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. ..

Aktywne życie daje człowiekowi możliwość realizowania swoich wartości poprzez kreatywną pracę, a bierna umiejętność odczuwania przyjemnych doznań  pozwala mu odnaleźć spełnienie poprzez doświadczanie piękna, natury i sztuki. Gdyby jednak odrzeć ludzkie życie z wszelkiej kreatywności i przyjemności, pozostanie w nim jeszcze jedna wartość, dopuszczająca jedynie zachowania najwyższej moralnej próby; wartością tą jest mianowicie nastawienie człowieka do własnej egzystencji – egzystencji podlegającej zewnętrznym ograniczeniom.(…) Ale nie tylko życie kreatywne i polegające na bogactwie doznań ma sens; skoro życie jako takie ma jakikolwiek sens, wówczas musi go mieć również cierpienie. To, w jaki sposób człowiek akceptuje swoje przeznaczenie i cierpienie, jakie ono ze sobą niesie, to, w jaki sposób bierze na swoje barki krzyż, może być dla niego – nawet w najtrudniejszych chwilach- wyjątkową okazją do pogłębienia sensu własnego życia.(..) Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los.”

„Jak już podkreśliłem, stan psychiczny więźnia był w ostatecznym rozrachunku nie tyle skutkiem wyżej wymienionych czynników psychofizycznych, ile wynikiem świadomie podjętej decyzji. (..) Człowiek, który nie dostrzegał końca swojej „tymczasowej egzystencji”, nie był w stanie dążyć do jakiegokolwiek celu. (..) Nie widząc dla siebie w przyszłości żadnego celu, do którego miałby dążyć, więzień obozu upadał na duchu i pogrążał się w retrospektywnych rozmyślaniach. (..) Odrealnianie naszej „tymczasowej egzystencji” było samo w sobie ważnym powodem, dla którego więźniowie tracili chęć do dalszego życia – z tej perspektywy bowiem wszystko wydawało się pozbawione sensu.

„Więzień, który stracił wiarę w przyszłość – w swoją przyszłość – był skazany na zagładę. Wraz z utratą wiary w przyszłość tracił jednocześnie swoją orientację duchową.  Rezygnując z walki o samego siebie, popadał w psychiczną i fizyczną ruinę.(..)

Początkiem wszelkich prób wskrzeszenia w człowieku jego wewnętrznej siły musiało być wskazanie mu jakiegoś celu w życiu. (..) Sami musieliśmy się uczyć, a następnie przekazywać zrozpaczonym towarzyszom, że nie liczy się to, czego my oczekujemy od życia, ale to czego życie oczekuje od nas. Musieliśmy przestać zadawać sobie pytania o sens naszej egzystencji, a w zamian nauczyć się myśleć o sobie jak o ludziach poddawanych przez życie – w każdej godzinie dnia – nieustannemu egzaminowi.(..) Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.”

„Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże się nam w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej istoty ludzkiej, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.”

To jest tylko kilka wyrywków z książki. Oddają one w pełni ducha Frankla. Czasem mnie to przeraża, że ja właśnie już się poddałam. Już nie mam celu. Już nie walczę. Nie widzę sensu walki. Teoretycznie wiara z zbawczą moc cierpienia powinna mi pomóc. Może ofiarowanie go za moich bliskich żyjących i zmarłych dała by mi więcej sił. Ale nie. Ja już po prostu nie chce cierpieć. Nie potrafię przyjąć do serca i zgodzić się wewnętrznie na koncepcję pomagania moim bliskim poprzez moje własne cierpienie i ból. Wiem, że dla wielu świętych to była właśnie droga. Ale ja muszę zacząć od podstaw – aby przestać się Boga w ogóle bać i uwierzyć w to, że On jest przede wszystkim miłością.

Jest jednak jedna rzecz, którą cierpienie może dać zawsze. To zrozumienie i współczucie do innych osób, które cierpią tak, jak my. To właśnie stało u początków tego bloga.