Złudzenia – doskonała nienawiść do siebie

Nikt nie powiedział mi wcześniej, że życia trzeba się nauczyć. Podobnie miłości – tej też musimy się nauczyć, także miłości do samych siebie. Nie urodziliśmy się z wiedzą na ten temat. Coś tam przekazali nam rodzice, ale tak naprawdę wymaga to od nas prawdziwej edukacji i pracy nad sobą. Jest jednak pewna wiedza, którą opanowaliśmy w trakcie życia w sposób doskonały – to nienawiść do siebie, kryjąca się często za zasłoną społecznie pożądanych i akceptowanych postaw jak perfekcjonizm lub ofiarniczość – poświęcanie się dla innych. Ten post będzie dotyczył tych często niezauważalnych sposobów nienawiści do siebie – przede wszystkim złudzeń, czyli kłamstw, za pomocą których codziennie niszczymy sami siebie.

Czym jest złudzenie?

Miłość do siebie polega na pełnej akceptacji siebie w prawdzie. Co to znaczy? Znaczy to wpierw, że poznajemy siebie samych w prawdzie – widzimy swoje słabości i swoje mocne strony, a także rozumiemy kim jesteśmy jako ludzie. Bo kim właściwie jest człowiek?  Odpowiedź na to pytanie jest dla nas zasadnicza. Człowiek jest stworzeniem, które mieści sobie skrajności – dobro i piękno, zdolność do przekraczania siebie, miłość, ale również skłonność do niszczenia i ranienia siebie i innych, do zabijania, do destrukcji, słabość i ograniczenie fizyczne, choroby, a także śmierć. To nie tylko złodzieje i mordercy są źli, ale każdy z nas jest zarazem dobry i zły, ponieważ okoliczność naszego życia, ludzie, którymi się otaczamy, a także my sami pod wpływem ran, lęku lub dążenia do władzy mamy w sobie potencjał zarówno do miłości jak i do zabijania.

Wobec takiego rozumienia człowieczeństwa, postawa perfekcjonizmu jest jego głębokim zaprzeczeniemponieważ neguje ludzkie ograniczenie, mechanizm uczenia się poprzez błędy, neguje ludzką słabość i ograniczoność. Podobne postawy to pełna manipulacji innymi postawa poświęcania się – zniewalania innych poprzez poczucie winy, a także złudzenie wielkości, doskonałości, władzy, zaś na drugim końcu złudzenie „bycia nikim”. Jak podaje wikisłownik, złudzenie jest to błędna lub naiwna wiara w coś. Złudzenie pełni w naszym życiu bardzo ważną rolę, chroniąc nasze poczucie wartości i na pewnych etapach życia może być nam potrzebne. Z czasem jednak staje się naszym więzieniem, zniewala nas, zamyka nas na miłość i prawdziwe szczęście, i jest głównym narzędziem nienawiści do siebie.

Jak powstają złudzenia na własny temat i na temat świata oraz innych ludzi?

Nie należy złudzeń na swój temat nienawidzić – ponieważ nienawiści nienawiścią się nie zwalczy. Należy je przede wszystkim zrozumieć, a następnie dążyć do poszukiwania prawdziwych źródeł prawdy i miłości, wtedy przestaną być potrzebne.

Złudzenia na własny temat powstają przede wszystkim pod wpływem miłości warunkowej naszych rodziców (i oczywiście miłości warunkowej ich rodziców do nich, ich dziadków, i ich pradziadków..). Znamy tą zasadę z dzieciństwa – będziesz grzeczny, dostaniesz cukierka, ale w ostateczności – jeśli będziesz taki jak my chcemy (grzeczny, zdolny, z najlepszymi ocenami, sprytny, samodzielny, odważny itd.) wtedy będziemy cię kochać. Ten, często nawet niewerbalny przekaz, zostaje w naszych sercach i głowach od najmłodszych lat, ucząc nas, ze jesteśmy godni miłości tylko wtedy, kiedy jesteśmy posłuszni, mili, grzeczni, zdolni, z sukcesami.

Gdy wpływy te (wpływy rodziców i środowiska – przypis aut.) są przeciwstawne wobec tego, kim i czym rozwijający się człowiek jest naprawdę, czyli wobec prawdziwego „ja”, w bardzo podatnym na urazy, wątłym i niezwykle chłonnym dziecku rodzi się nienawiść do siebie. (..) Nawet w najzdrowszych środowisku rodzinnym nieuchronnie uczy się ono obserwować siebie, osądzać i odrzucać pewne aspekty swojej osoby. Uczy się, że to co w nim „złe” sprowadza karę. Co więcej, uczy się samo wymierzać sobie karę za bycie „złym”. Taka jest cena, jaką płacimy za kulturę i cywilizację. Często jednak, szczególnie gdy rodzice są bardzo krytyczni, zdarza się, niestety, że dziecko postrzega w sobie głównie „zło”.

Cechy określane przez kulturę jako „złe” i wywołujące szczególną niechęć to agresja, zazdrość, zawiść, wrogość, gniew, lenistwo, tchórzostwo, bezradność i tak dalej.

Potem w dorosłości kontynuujemy wszelkie próby zasługiwania na miłość innych ludzi, wierząc, że kiedy inni poznają prawdę o nas, nie będą nas akceptować, nie mówiąc o miłości. Żyjemy iluzjami na własny temat i robimy wszystko, aby nasze życie  je potwierdzało. Awansujemy, dużo pracujemy, wyglądamy doskonale, jesteśmy mili i grzeczni dla innych. I oddalamy się od siebie samych. Póki nasz plan się udaje – żyjemy dalej zagłuszając jątrzącą się ranę nieakceptacji naszej prawdziwej tożsamości. Często dopiero poważne życiowe kryzysy, także wynikające z tego, że nasza psychika i ciało mówią „dość” – co często dzieje się w przypadku nerwic, każe nam zacząć poszukiwania naszej prawdziwej tożsamości.

Inny sposób powstawania iluzji – to sytuacja, która jest dla nas w pewien sposób nieznośna, np., odczucia silnego poniżenia, niskiej wartości własnej, z którą próbujemy sobie poradzić, uciekając się do iluzji dających nam złudne poczucie wyższości. Osobiście miałam od dziecka problem z bardzo kobiecymi koleżankami, które zawsze miały adoratorów oraz własnym niskim poczuciem wartości. W pewnym momencie, zupełnie niezauważalnie przyjęłam pewną postawę wobec kobiet, innych ludzi i siebie, którą można scharakteryzować w taki sposób: odrzucając pierwiastek kobiecości w sobie rozwinęłam postawę pogardy dla dziewczyn, które podkreślały swoje wdzięki, co doskonale zgrało się z negacją i odrzuceniem seksualności przekazywaną mi w kościele. Jednocześnie postanowiłam sobie, że będę osobą świętą i szlachetną – zawsze miłą i dobrą dla wszystkich, żeby inni zobaczyli, że ja zawsze jestem dobra, jak Matka Teresa i Maryja i żeby podziwiali mnie za to.

Taką postawą wobec ludzi żyłam ponad 20 lat. Pamiętam dokładnie, kiedy przyjechała rodzina mojego męża na świętowanie urodzin mojej teściowej, jak odwagi dodawał mi fakt, że pokażę im wszystkim, jaką wspaniałą żonę zdobył mój mąż. Byłam bardzo miła, wrażliwa na innych, z każdym porozmawiałam, prowadząc niemalże terapeutyczne rozmowy. Kiedy ktoś się otworzył – wyrażałam współczucie, zrozumienie. Zawsze otwarta, aby zrozumieć, pomóc. Dopiero niedawno zrozumiałam, że ta pozornie wielkoduszna postawa ma na celu ochronić mnie przed odrzuceniem ze strony innych ludzi. Że jest złudzeniem, manipulacją. Nie daje mi prawa na złość, na słabość wobec innych. Nie jest prawdziwa. Jest głębokim odrzuceniem mojej prawdziwej tożsamości.

Podobnie było z perfekcjonizmem. Przez lata przygotowując się do rozmów o pracę mówiłam z dumą, że moją najmocniejszą stroną jest perfekcjonizm. Dziś raczej smuci mnie to i jest ostatnią rzeczą, do jakiej chciałabym się przyznać na rozmowie.

Jakie złudzenia często stosujemy

Wspominałam już o perfekcjonizmie oraz męczeństwie – poświęcaniu się dla innych, będącej negacją siebie, a nie wynikiem zintegrowanej osobowości. Któż z nas nie zna osób, które poświęcają się bardzo dla innych, nawet wbrew ich woli, ale potem domagają się „wdzięczności”, miłości i innych zapłat. Wbrew pozorom jest to głęboka manipulacja – najczęściej poczuciem winy, oczywiście nieświadoma i wynikająca z nienawiści do siebie. Łatwo ją odróżnić od postawy osoby zintegrowanej, dojrzałej, dla której takie postępowanie wynika z głębokiej miłości do siebie i jest źródłem głębokiego spełnienia i szczęścia.

Stanu neurotyczne – jak męczeństwo, masochizm, usuwanie się w cień, symbiotyczna i przytłaczająca zależność, chęć imponowania, agresja, despotyzm, perfekcjonizm, sadyzm, mściwość, eskapizm, rezygnacja – są pochodnymi nienawiści do siebie.

Wspominałam już także, że wiele z tych postaw jest społecznie bardzo akceptowanych oraz wzmacnianych, tym trudniej je zdemaskować.

Te płynące z nienawiści do siebie zachowania, często mają osobliwą właściwość uchodzenia za cnoty. Ofiara uzasadnia przewidywane nieszczęścia roztropnością (..) poczucie winy – silnym poczuciem odpowiedzialności i moralności, zbyteczne zamartwianie się – ludzką troską i głębokim zainteresowaniem wypływającym z postawy męczenniczej.

Są także złudzenia, które mają na celu dać nam złudne poczucie wielkości, kiedy czujemy się nikim. Do takich złudzeń należy m.in. złudzenie wszechmocy lub wszechwiedzy – osoby takie nie mogą sobie wybaczyć, kiedy podejmą złą decyzję, jakby zakładały, że zawsze wszystko wiedzą, mają pełen zasób informacji, dzięki którym zawsze powinny podejmować wyłącznie dobre decyzje.

Złudzenia odnoszące się do własnej osoby są przyczyną nierealistycznych wymagań wobec siebie – niewykonalnych i okrutnych celów i norm. Złudzenia dotyczące innych, kondycji ludzkiej oraz świata jako całości, są źródłem wygórowanych oczekiwań wobec innych. Przejścia te – od iluzji do wymagań, celów i oczekiwań, oraz z powrotem do iluzji – są subtelne, niedostrzegalne.

Także przekonanie o tym, że świat musi być doskonały i sprawiedliwy często jest źródłem naszego cierpienia. Nie chodzi tu oczywiście o to, że mamy zaakceptować zło na świecie i bezradnie rozłożyć ręce. Nie, powinniśmy szerzyć dobro i sami być sprawiedliwymi oraz walczyć o dobro i sprawiedliwość, ale jednocześnie zrozumieć, że świat i my jesteśmy po prostu niedoskonali.

W przewidywaniach i oczekiwaniach mamy do czynienia z ludźmi, kondycją ludzką oraz obrazem świata, które są po prostu nieosiągalne na naszej planecie. Życie nadal jest ciężkie. Ludzie troszczą się o własne potrzeby. Sprawiedliwość pozostaje niedoskonała. Dzieci, dorastając, mają więcej wspólnego z przyjaciółmi niż rodzicami i bardziej niż o nich troszczą się o swych małżonków i dzieci. Przyjaciele są tylko przyjaciółmi, co oznacza, że nie są stuprocentowo lojalni. Małżonkowie nie są idealnie dostrojeni, wyrozumiali i skłonni do poświęceń. Ludzie wciąż chorują, starzeją się, umierają.

Przymus dążenia do osiągnięcia jakiejkolwiek najwyższej zalety lub cnót, do świata idealnego pod jakimś względem, czy do absolutnie najlepszych relacji z innymi ludźmi jest objawem nienawiści do siebie i gwarancją jej pogłębienia.

Jak wyleczyć się ze złudzeń i pokochać siebie prawdziwego

Przede wszystkim trzeba nam się uczyć kochać siebie poprzez praktykowanie współczucia wobec siebie. O tym jak to robić, będę pisać w następnym poście. Dla mnie osobiście proces ten był (i jest) możliwy dzięki dwóm źródłom. Miłości innych ludzi i tego, że nerwica sprawiła, że dłużej nie mogłam się ukrywać ze swoimi słabościami, a mimo to znaleźli się ludzie, którzy przyjęli mnie z tym bagażem i byli ze mną.

Drugie źródło – to były poszukiwania duchowe i sam Bóg. Wizerunek Boga, który wyniosłam z kościoła był dość przygnębiający. Był raczej źródłem mojej rozpaczy niż wzrostu. Zaczęłam więc prosić Go, aby się objawił w prawdzie. Ten procesu trwał długo, ale po latach Bóg przebił się przez mury mojej nieufności i lęku, aby objawić swoją wielką miłość do mnie. Przede wszystkim jednym z najbardziej dla mnie przełomowych momentów było zrozumienie, że nie zależy mu na mojej doskonałości moralnej, czego byłam pewna przez lata. Nie to jest celem mojego życia. On po prostu chce mnie całą – i dobrą i złą zarazem. To umożliwiło mi akceptację mojej dwojakiej natury i odrzucenie iluzji o mojej szlachetności i świętości, ponieważ okazała się już niepotrzebna. Oczywiście nie nastąpiło to szybko i automatycznie. Jest to pewien proces podobny do śmierci – ale prowadzący do niezwykłego wyzwolenia, uwolnienia, prawdziwego szczęścia.

Porzucenie złudzeń bywa niezmiernie przerażające i bolesne. Początkowe próby bycia naprawdę sobą wywołują zazwyczaj potężne ataki nienawiści do siebie, będącej reakcję na poczucie poważnego zagrożenia tej części naszej osoby, która pogrążona jest w nienawiści do siebie. Prawdziwe „ja” dotychczas źle wykorzystywane, a atmosferze rosnącego współczucia rozkwita jednak i w znacznym tempie nabiera sił. Ulga jest, można śmiało przyznać, warta bólu.

Poniechanie danego sposobu życia przypomina wyrzeczenie się własnej tożsamości, a następstwa tego są wstrząsające i niezwykłe bolesne.

Mogę być sobą, ponieważ On mnie taką chce. Zdecydowanie Jego miłość jest doskonała i akceptująca zawsze i bez reszty. Moje poczucie wartości i godności zaczyna zależeć bardziej do tego, że jestem dziedzicem Boga, a nie dlatego, że wciąż nie mogę odnieść życiowego sukcesu materialnego i mieć najnowszego telefonu. Oczywiście jednak, że chcę być coraz lepsza dla swojego męża i dla innych ludzi, ale nie dlatego, żeby oni mnie kochali, ponieważ miłość już mam i nie muszę na nią zasługiwać. Chcę być lepsza dla nich po to, żeby oni byli bardziej szczęśliwi.

Walka o życie pełne współczucia obejmuje wolną od osądzania akceptację wszystkich aspektów własnego „ja”, bez względu na rodzinne, osobiste i kulturowe systemy wartości, których zadaniem jest ukrywanie nas – zwykle jest to walka nawet z nimi. Jeżeli nie znamy swego świętego ludzkiego prawa do bycia człowiekiem i nie walczymy o nie, nieodmiennie przekonujemy się, że przynajmniej w pewnej mierze podlegamy wewnętrznemu terrorowi.

Nauka miłości do siebie odbywa się często również za pośrednictwem terapii. To wtedy właśnie weryfikujemy nasze myślenie o nas samych, o świecie. Często dopiero dzięki terapii zaczyna dopuszczać do świadomości wiele uczuć, na które od dziecka nie mieliśmy przyzwolenia.

Współczucie jest jedynym antidotum przeciwko nienawiści do siebie oraz jedynym ludzkim przywilejem i alternatywą dla neurotycznej rozpaczy.

Oto jeden z przykładów jak taki proces zaszedł u pewnej kobiety:

Podobnie jak większość pseudozależnych ludzi, Maxine skrycie żywiła wygórowane mniemanie o sobie, uważając się za osobę szlachetną, czystą oraz nieskończenie kochającą i wyrozumiałą. Ponieważ nieustannie przeżywała upadki z tych nierealistycznych wyżyn, wykazywała silną bezpośrednią nienawiść do siebie i niską samoocenę. Jej terapia polegała w znacznej mierze na rezygnacji z tych nieludzkich standardów, akceptacji własnego człowieczeństwa jako źródła poczucia godności własnej, rozpoznawaniu i blokowaniu bezpośredniej nienawiści do siebie.

Na koniec bardzo chciałabym Wam napisać jeszcze jedną rzecz. Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że czytając mojego bloga wielu z Was może mieć poczucie głębokiej frustracji, że tyle czasu pracuje nad sobą, a wciąż nie kocha siebie, nie jest szczęśliwymi, tak jak ja (tak można wywnioskować być może z moich postów). Nic nie dzieje się raz na zawsze. Także w moim życiu. Wciąż są dni, kiedy lęk bierze górę, kiedy czuję się bardzo źle, kiedy Boga nie czuję, kiedy czuję się nikim. Nie wiem też, czy kiedykolwiek całkowicie uwolnię się od neurotycznego lęku, bowiem on wciąż mi towarzyszy. Ale coraz częściej widzę, że każdy z tych dni ma sens. Że ja wszystkiego nie rozumiem, ale On rozumie i prowadzi moje życie, ponieważ codziennie Mu je powierzam. Nie poddawajcie się i wiedźcie, że ja też każdego dnia podnoszę się na nowo. Każdy dzień jest szansą.

Kiedy upadacie spójrzcie co Bóg zrobił z Nickiem Vujicic, który będzie w Polsce w kwietniu przyszłego roku. Więcej informacji na stronie http://www.nickvujicic.com.pl/

Bibliografia:
T. I. Rubin, Współczucie i nienawiść do siebie, Wydawnictwo Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2000.

Pozycja dostępna w antykwariatach i na Allegro.

Reklamy
Dodaj komentarz

6 komentarzy

  1. cornelia

     /  Lipiec 17, 2014

    Zludzenia sa bardzo niebezpieczne gdy wymkna sie spod swiadomej kontroli. Zycie w swiecie zludzen to zycie w klamstwie. Ja zylam zludzeniami poniewaz balam sie prawdy, ze nie poradze sobie z ta prawda. Wtedy jako dziecko napewno bym sobie nie poradzila poniewaz nie mialam wsparcia rodzicow dla ktorych tak bylo wygodniej. Owoce okazaly sie paskudne – odlaczenie od prawdy, moich prawdziwych uczuc, mojej tozsamosci i wynikajace z tego leki i panika. Moje zycie w zludzeniach przyswajalo mi wiele sympatii – bylam taka mila i na wszystkich otwarta, zawsze na zawolanie. Zycie w prawdzie jest o wiele trudniejsze: trzeba walczac o siebie, stawiac granice, nie bac sie konfrontacji i odrzucenia przez innych. Ale zyskuje sie siebie i zycie w prawdzie. Najtrudniejsze jest dla mnie stwierdzenie ze tak naprawde mam czesto calkowicie inne zyczenia i potrzeby niz bliskie osoby. Tak trudno jest powiedziec Nie, nie isc tam gdzie ktos inny oczekuje ze powinnam isc. Ale gdy slucham swojego serca i za tym ide jestem coraz to mocniejsza a lek coraz to mniejszy. Mam moze mniej akceptacji od innych ale jestem o wiele bardziej w zgodzie ze soba i Bogiem ktory chce abym byla soba a nie osoba ktora podoba sie innym – kims kto jest uzalezniony od akceptacji przez ludzi i zyje w wytyczonych przez nich ramach.

  2. Anonim

     /  Lipiec 20, 2014

    Czytajac, odnalazlam czastke siebie. Ciesze sie, ze w koncu odnalazlam kogos, kto wie co czuje. Dziekuje, ze jestes..

  3. cornelia

     /  Lipiec 20, 2014

    „Nikt nie powiedział mi wcześniej, że życia trzeba się nauczyć“
    Malgosiu, bardzo Ci dziekuje za to zdanie i Twoje posty. Odkrywam tak jak wielu innych w tym wszystkim siebie, swoja osobowosc. Ta ofiarnosc, nienawisc do siebie – dochodze do wniosku ze osoby ktore cierpia na nerwice lekowa i podobne zaburzenia maja bardzo wiele podobnych cech i zachowan. Nie wiem czy mam do konca racje ale wydaje mi sie ze my, jako osoby wrazliwe i poswiecajace sie jestesmy przez to wykorzystywani przez innych, ktorzy swoj bagaz emocjonalny zwalaja na nas – jestesmy im poprostu na reke (mysle ze w wiekszosci przypadkow robia to raczej nieswiadomie ale skutecznie). Osoby z zaburzeniami narcystycznymi, agresywne, alkoholicy itp. sa spolecznie slyszane, jest mnostwo grup wsparcia, rekolekcji, nawet kazania sa na ten temat. My cierpimy w ukryciu, w zawstydzeniu, w pojedynke. Dlatego Twoj blog jest taki wazny. Chce nam sie wmowic ze jestesmy dziwakami, ze mamy sie wziasc w garsc, przelamac … Jak to zrobic gdy my sami zostalismy zlamani i wycisnieci przez innych emocjonalnie? Musimy na nowo „uczyc sie zyc“ – postepowac jak inni: stawiac granice, walczyc o swoje potrzeby, kochac i szanowac siebie. Tak bardzo brakuje publicznego, glosnego glosu ktory powie ze zbytnia wrazliwosc, ofiarnosc, dopasowanie sie, wycofanie powoduje powazne choroby i znieksztalca osobowosc. Bog nie chce abysmy byli lekliwi, zatroskani, niejacy … Gdyby mi to ktos powiedzial 20 lat temu napewno moje zycie wygladaloby inaczej

  4. wiolator

     /  Lipiec 24, 2014

    Zgadzam się w 100% a mi 13 lat temu. A dziś czuje się jak słaba osoba która walczyo każdy dzień.

  5. monia

     /  Sierpień 9, 2014

    Bardzo dziękuję za ten tekst. Dzięki niemu zaczęłam trochę bardziej rozumieć co się ze mną dzieję. Moim problemem jest perfekcjonizm i wewnętrzny brak pozwolenia sobie na popełnianie błędów. Nigdy nie myślałam, że może być to wyraz wrogości wobec siebie, ale jest, bo jest dokładnie tak jak piszesz. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę sobie odpuścić…

  6. iamtitanium

     /  Wrzesień 8, 2014

    Nawet Pani nie wie ile otuchy dodał mi ten wpis. Nerwica ujawniła swoje możliwości w marcu tego roku, od tego czasu dużo czytam, widzę jak zmieniam się z dnia na dzień… ale jeszcze żaden wpis nie uświadomił mi tyle w tak krótkim czasie jak ten. Dziękuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: