Moje „muszę” jest jak biała laska ślepca – rzecz o przejrzeniu na oczy

W tym poście chciałam podziękować za wpis Ani i odnieść się do niego, bo wydaje mi się niezwykle ważny i dobrze odzwierciedlający obraz naszego życia – jako metaforę niewidomego z laską. Piękne zdanie, które chyba sobie na zawsze zapożyczę „moje „muszę” jest jak biała laska, dzięki której poruszam się po jedynej wyznaczonej trasie”. Tak właśnie wyglądamy, jesteśmy cierpiący, ponieważ jesteśmy ślepi, mamy tylko naszą białą laskę i idziemy drogą jedyną wyznaczoną – no właśnie, jaką drogą? Przez kogo wyznaczoną? I czy ta droga prowadzi nas do celu? A może na manowce? Może to jest droga, którą wyznaczył nam ktoś inny – droga czyjegoś myślenia, wartości i celów, a my nią idziemy? Ale po kolei – to będzie zbieranina moich luźnych refleksji, ale ta wypowiedź Ani tak oddaje istotę rzeczy, że tych refleksji trochę mi się nasunęło. Za co, Aniu, dziękuję! To będzie mocny post, myślę, że dla wielu osób trudny, więc jeśli czytając go pojawią się w Tobie różne emocje, także złości, to dobrze – to właśnie oznacza, że jest w Tobie coś z Ciebie, co się odzywa – zacznij częściej zwracać na to uwagę.

 

Wpis Ani w odpowiedzi na post „O zmuszaniu neurotyka”

Muszę jest wiezieniem, chcę jest wolnością. Ale co z sytuacja, jeśli człowiek urodził się w więzieniu, a jego rodzice także i to wolność kojarzy mi sie z lękiem. Nie wiem czego chcę i to mnie przeraża. Boję sie rzucić pracę, w której sie męczę, puste małżeństwo i chociaż cierpię, jestem przyzwyczajona do życia w klatce, znam tu wszystkie zasady panujące, mam wpojony harmonogram dnia według którego żyje i podejmuje decyzje. Skąd mam wiedzieć, które moje chce płynie z głębi duszy i warto dla niego ryzykować, a które chce jest po prostu ucieczką od życia, skoro jestem całkowicie odcięta od siebie samej. I chce to zmienić, ale nie wiem jak. Wolność, w tym wolność wyboru wymaga odwagi, ale skąd ją brać, skoro psychika jest przepełniona lekiem. Dla mnie odcięcie od swoich potrzeb i uczuć jest jak bycie ślepą, to jest kalectwo, którego nie widać. Moje muszę jest jak biała laska dzięki której poruszam sie po jedynej wyznaczonej trasie. Czy jak odrzucę laskę zacznę widzieć i czuć? A może potknę sie o pierwszy lepszy kamień, wywrócę i już nie wstanę. Ja sie po prostu boje.

 Ślepota nie jest zła sama w sobie, jest zła jeśli do końca życia pozostajemy niewidomi

Jesteśmy w większości ślepi i urodzeni w więzieniu, nie inaczej niż nasi rodzice. Niewielu z nas miało to szczęście być otoczonymi od niemowlęctwa dojrzałą miłością, która, jak każda prawdziwa miłość, pozostawiłaby w człowieku poczucie godności i szacunku oraz bezpieczeństwa. W efekcie taki jest nasz ludzki los, że na pewnym etapie życia jesteśmy po prostu ślepi, wierząc święcie w to wszystko, co zostało nam wcześniej przekazane o świecie „świat jest taki i siaki”, o sobie „jesteś niegodny, będę Cię kochać jak będziesz grzeczny”, i o Bogu „skoro ludzie w kościele są obłudni, kościelna nauka powoduje we mnie więcej lęku niż nadziei, na ziemi jest cierpienie a ja mam być dla siebie nikim, to Bóg albo ma mnie d…i wtedy ja też mam go w d.., albo jest po prostu zły i ja nie chcę mieć z nim nic wspólnego”.

Wydaje nam się, że to co wiemy o świecie i Bogu (często na poziomie przeciętnego kazania w kościele bądź religii w podstawówce, albo tego co nasi rodzice mówili przy stole i sposób w jaki żyli) jest prawdą absolutną. Także absolutnie prawdziwe wydaje nam się też to co myślimy o sobie („jestem beznadziejny, albo jestem lepszy od innych”) oraz o tym co jest w życiu ważne – np. żeby udało się przeżyć, mieć dobrą pracę, żyć na przyzwoitym poziomie, dobrze wyglądać, mieć dzieci bo wszyscy je mają, mieć męża, żeby nie być samemu, a poza tym w pewnym wieku po prostu trzeba mieć męża. To jest nasza ślepota – życie tak pojęte. Jednak to co jest najważniejsze, i często konieczne, aby wyjść z wieloletniej nerwicy to przejrzenie na oczy. To oczywiście najtrudniejszy z procesów, ponieważ to zadanie na całe życie, w zasadzie nasze najważniejsze i najtrudniejsze, ale jedyne prowadzące do szczęścia. Proces dostrzegania prawdy najczęściej dzieje się wśród ludzi, którzy mają diagnozę choroby śmiertelnej, choć oczywiście nie zawsze. W naszym przypadku nerwica i doświadczenie lęku przed śmiercią, może nam pomóc przejrzeć na oczy – i dlatego motto tego bloga brzmi „nerwica lękowa może wskazać drogę”.

Przejrzenie na oczy obejmuje znacznie szerszą perspektywę niż my sami. To jest pytanie o sens życia, o to co w nim najważniejsze, o to po co żyjemy, kto nas stworzył i po co, czy jest coś poza nami, czy jest Bóg, dokąd zmierzamy i do czego jesteśmy powołani.

„Skąd mam wiedzieć, które moje chce płynie z głębi duszy i warto dla niego ryzykować, a które chce jest po prostu ucieczką od życia, skoro jestem całkowicie odcięta od siebie samej. I chce to zmienić, ale nie wiem jak?”

Odpowiedzią na pytanie pierwsze jest właśnie szukanie prawdy, wpierw przede wszystkim o sobie. Jak to zrobić? Na początku przyjąć, że wszystko co wiem o sobie i o świecie nie musi być prawdą i zacząć tej prawdy szukać. To pragnienie powinno wychodzić z samego serca – chcę w końcu wiedzieć kim jestem i o co chodzi w tym życiu? To jest proces polegający na stawianiu pytań i szukaniu odpowiedzi. Wymaga to refleksji. Zaczynam stawiać sobie pytania wpierw o siebie „Co jest dla mnie ważne” – na początku odpowiedzi będą różne. Czasem pod „dla mnie ważne” będą się podszywać rzeczy ważne dla naszych rodziców, które wzięliśmy za swoje, ale jeśli będziemy wytrwali, odpowiedzi zaczną przychodzić. Dla tego procesu potrzebne są przestrzenie ciszy. Nawet ciszy podczas zmywania naczyń. Jeśli żyjecie wciąż przy włączonym TV lub radiu, zobaczycie, jakie to będzie na początku trudne. Może w tym pomóc medytacja wyciszenia, o której pisałam w poście. Bycia z ciszą trzeba się nauczyć, a zrobienie przestrzeni dla odpowiedzi płynących ze swojego serca wymaga czasu.. „Co jest dla mnie naprawdę ważne”, „Na czym mi zależy i dlaczego?”, „O co chodzi w życiu”.

Będzie to wymagało trochę determinacji, ponieważ dotychczasowe ramy – czyli to co myślicie o świecie i sobie daje Wam poczucie bezpieczeństwa. Im bardziej jednak będziecie cierpieć z powodu nerwicy, tym częściej ten ból będzie Wam pomagał się wkurzyć, a przez to stawiać pytania i próbować wytrzymać z myśleniem „może to co ja uważam o życiu i świecie i sobie nie jest do końca prawdziwe. Skoro mam nerwicę, wiele rzeczy w moim życiu musi być nie tak – przede wszystkim chodzi o moje myślenie i to w co wierzę. Żyję niezgodnie ze sobą i dlatego wciąż popełniam te same błędy i moja nerwica trwa”. Ale nie oszukujmy się – to długi proces. To co jednak jest najważniejsze – powrót do siebie jest możliwy i osobiście go doświadczam. Okazało się co prawda, że moje pragnienia niekoniecznie pokrywają się z pragnieniami moich rodziców i innych osób, ale powolutku, powolutku zaczęłam mieć odwagę je realizować. Właśnie wtedy, kiedy nerwica ogołoci Was z wszystkiego na czym się opieraliście, kiedy Wy sami, ani nikt inny nie będzie dla Was oparciem, ani rozwiązaniem, kiedy stracicie absolutnie WSZYSTKO, wtedy, w tej rozpaczy powoli zaczniecie z coraz większą determinacją stawiać pytania, które będą podważać wszystko, co dotychczas wiedzieliście o sobie, życiu i świecie – te pytania Was poprowadzą.

Otwierajcie się na możliwość – że nie wszystko o świecie, życiu i sobie wiecie. Stawiajcie pytania. Nie bójcie się pytać o rzeczy, które do tej pory były oczywiste dlatego, że ktoś Was tego nauczył – np. „praca to ciężka rzecz”, „w świecie nie ma szans człowiek uczciwy”, „Bóg cię ukarze” . Poszukiwanie dotyczy także duchowości – czy w coś wierzysz? W co wierzysz, w kogo? Jaka jest prawda o świecie? Co my tu robimy? O co w tym wszystkim chodzi? O co Bogu chodzi? A może Boga nie ma? – to są złote pytania!!!

„Wolność, w tym wolność wyboru wymaga odwagi, ale skąd ją brać, skoro psychika jest przepełniona lękiem.”

Doświadczam tej odwagi od niedawna. To jest absolutny przełom w moim życiu. Po 14 latach – pierwszych kilku zaprzeczania, potem gniewu, wielu latach depresji powoli zaczęłam widzieć cokolwiek poza swoim cierpieniem, potem wiedziałam już, że to w co wierzę to wiele kłamstw, potem odeszłam od Kościoła i zaczęłam pytać Boga samego (którego jednocześnie się bałam) – żeby On sam objawił prawdę? Czy jest potworem? Jeśli tak, to go nienawidzę i sama nie chcę istnieć. Takie były momenty. Nie chciałam istnieć.

Bóg powoli i cicho zaczął się objawiać. Jakże inny jest On od tego, czego uczyli mnie w kościele. Jakże płytkie i obłudne były te nauki. I teraz dopiero to dostrzegam. Przecież Jezus cały czas mówił do kapłanów w kościele, a oni nie rozumieli, więc trudno, żeby moje doświadczenie było inne. Przecież On już dawno mówił o istocie rzeczy, ale wielu ludzi tą „istotę” skutecznie przekręciło dla swoich małych celów. Doświadczenie, kiedy zaczyna się widzieć to wszystko w Prawdzie, jest niesamowicie przemieniające. To poczucie, że nie wiedziałam kim jestem, a teraz odnalazłam dom, swoją godność, swoje miejsce na Ziemi, to konkretne przeznaczone tylko dla mnie. Zobaczenie swojego życia w szerszym kontekście, odczucie w sercu prawdy, dało początek do niesamowitej godności mnie samej – a za tym zaczęła iść odwaga…żeby stawiać granice, nie pozwalać innym się ranić, nie trwać w postawie ofiary, mieć szacunek do siebie, żyć według własnych wartości. Za szacunkiem do siebie poszedł szacunek do innych i odwaga, żeby żyć inaczej, żeby żyć według własnego serca.

Przekroczenie nas samych – według mnie można doświadczyć przez coś, co nas przekracza, przerasta – to jest ta wielka Siła, ten Ktoś, kto mimo wszystko utrzymuje świat przy życiu – jest źródłem każdego życia i niekończącej się Miłości. Siła, osoba – nasze słowa są ograniczeniem same w sobie. Szukajcie prawdy i stawiajcie pytania. Wasze serce będzie wiedziało, kiedy traficie na prawdę. Prawda jest tak silna, że kiedy pojawi się w Waszym życiu, nie będziecie chcieli z niej zrezygnować.

Tak, po 14 latach odnajduję siebie i Boga prawdziwego – jakże jest On inny od tego, w którego wierzyłam przez ostatnie 30 lat!

Wszystko ma swój czas, a to poczucie wewnętrzne „bycia na miejscu, bycia we właściwym miejscu, posiadania własnego miejsca we wszechświecie” daje wielką moc i odwagę. Już nic nie jest takie samo. To jest właśnie, jak dla mnie, nawrócenie. To całkowita zmiana myślenia, rozumienia, postrzegania. Tego chce dla Was Wasza nerwica.

„Boje sie rzucić pracę, w której sie męcze, puste małżeństwo i chociaż cierpię, jestem przyzwyczajona do życia w klatce, znam tu wszystkie zasady panujące, mam wpojony harmonogram dnia według którego żyje i podejmuje decyzje.”

Nie chodzi o rzucanie wszystkiego i zostanie w świecie chaosu. Wpierw trzeba wiedzieć – czego się chce, wpierw właśnie poszukać siebie – stawiając pytania. Codziennie, w metrze, autobusie, stawiać pytania i szukać odpowiedzi. Dopiero, kiedy się już wie gdzie dalej, co jest moje, gdzie się zaczynam, a gdzie kończę, czy jestem tylko ja czy coś więcej, wtedy przychodzi siła i odwaga – i wtedy wiesz, że czas odejść z pracy, czas zaryzykować. Po prostu to wiesz, bo Twoje serce nie pozwala CI spokojnie zasnąć, i mówi, bardzo wyraźnie, że czas na zmianę.

„Czy jak odrzucę laskę zacznę widzieć i czuć?”

Nie, absolutnie nie. W zasadzie to na razie laska pozwala Ci iść do przodu. Nie odrzucaj jej. Ale nie poprzestawaj na niej. Stawiaj pytania – niech płyną z serca – i tam też oczekuj odpowiedzi. Stawiaj pytania dotyczące absolutnie wszystkiego – tego czego jesteś prawie pewna o świecie, sobie, Bogu – o największe oczywistości nawet stawiaj pytania.

Reklamy
Poprzedni wpis
Dodaj komentarz

9 komentarzy

  1. cornelia

     /  Kwiecień 8, 2014

    Zmiana obrazu Boga i co za tym idzie naszego spostrzegania swiata, ludzi i nas samych jest kluczowe w nerwicach i lekach. Ja od 4 lat choruje na zaburzenia lekowe, osobowosciowe, syndrom stresu pourazowego. Od dwoch lat codziennie slucham i czytam Joyce Meyer, ktora byla molestowana jako dzieco. Bog uleczyl jej rany i ona pomaga teraz ludziom na calym swiecie. Zmienilam sie calkowicie, staje sie nowa osoba, odwazna, ktora pozytywnie i odwaznie patrzy na swiat, ciesze sie zyciem – ostatni atak paniki mialam wiecej niz 2 lata temu. Zaczynam wychodzic z domu, stawiam granice i staje sie coraz bardziej soba. Nie kieruje sie juz lekiem i tym co mysla inni, bo przeciez: jezeli w moim sercu czuje ze jest dobrze, to wiem ze Bog jest ze mna i mnie prowadzi … Radosc w Panu i odwaga do bycia soba, do czucia tego co sie czuje, daje poczucie bezpieczenstwa i uwalnia od lekow … Naprawde obraz Boga ktory ukazuje Joyce Meyer jest inny od tego, ktory znalam z wychowania, z kosciola. Zawsze marzylam o wolnosci jaka maja niektorzy protestanci, zostaje katoliczka ale zaczynam sie cieszyc ta wolnoscia i opuszczac moje wiezienie bez krat. Zycze tego kazdemu kto sie zmaga z choroba psychiczna. Kto na prawde i gleboko odczuwa jest moze bardziej narazony na zranienia i choroby ale jego zycie jest o wiele glebsze, bardziej kolorowe i bogate emocjonalnie od tych ludzi ktorzy zyja na powierzchni …

  2. Ania

     /  Kwiecień 16, 2014

    Ciesze sie Malgosiu, ze moj obraz przemowil do Ciebie i tak pieknie go opisalas.
    Dzis dotarlo do mine, ze moj najwiekszy lek, z ktorym sie zmagam to lek przed cierpieniem, a w efekcie przed zyciem, poniewaz cierpienie jakby nie bylo jest jego skladowa. Nigdy nie balam sie smierci. To mnie zainspirowalo do przemyslen, ze w nerwicy ludzie dziela sie na dwie grupy, Ci, ktorzy boja sie smierci (unicestwienia) i Ci, ktorzy boja sie zycia (zmian, ryzyka, cierpienia). Sa pewnie i tacy, ktorzy boja sie jednego i drugiego. By pokonac swoj lek trzeba wyjsc mu na spotkanie, trzeba zdecydowac sie umrzec przy ataku paniki I nauczyc sie cierpiec, znosic cierpienie, zyc pomimo cierpienia. To bardzo trudne zadanie.

  3. cornelia

     /  Kwiecień 17, 2014

    Pozwole sie troche z tym nie zgodzic. U mnie wlasnie (nieswiadomy) nadmiar cierpienia doprowadzil do lekow i stanow despresyjnych. Zycie sklada sie z radosci i z cierpienia, musi byc rownowaga, a naprawde zwyciezymy gdy nawet w cierpieniu jestesmy w stanie zachowac nadzieje i dobre nastawienie, ze w koncu z tego wyjdziemy.
    Mysle ze wszyscy ludzie boja sie smierci i wiele ludzi boi sie roznych wyzwan zyciowych. U osob z lekami jest ten lek wyolbrzymiony, iracjonalny, paralizujacy (dlatego na przyklad tak trudno wyjsc z domu). Ten lek przed zyciem lub smiercia jest raczej objawem ale nie przyczyna. Przyczyna tkwi moim zdaniem w tym, ze brak nam zaufania do swiata, do ludzi, do Boga i do nas samych. Nie wyksztalcilismy niezbednych umiejetnosci do radzenia sobie w zyciu bedac w zgodzie ze samym soba. Moze brzmi to troche dziwnie, ale dokladnie tak bylo i jest jeszsze umnie. Albo inni za mnie decydowali albo ja radzilam sobie wedlug „przepisow i przykazan” innych osob, co wcale nie wychodzilo mi na dobre i doprowadzilo do tego ze zawsze pytalam sie co inni by ode mnie chcieli jak mialabym postepowac. W tym wszystkim bylam tak pokorna, cierpliwa, poddana i cierpiaca ze mozna by bylo pomyslec ze az „idealna”. Nic bardziej mylnego niz to. Ja mysle ze oswoic mozna lek tak naprawde do konca jezeli zrozumie sie co on nam chce powiedziec, na co zwrocic uwage, lub tak jak napisala Alice Miller jaka zaszyfrowana wiadomosc znajduje sie w tym leku. Jak znajdziemy przyczyne i zaczniemy zmieniac nasze nastawienie i postepowanie, stawimy czolo naszym rana, lek sam ucichnie a my zyskamy pewnosc siebie i zaufanie. Trzeba po prostu troche glebiej zajrzec nawet jezeli jest to trudne i bolesne, ale jest to wtedy bol zdrowienia a nie bol nieuleczonej rany ktora ciagle daje o sobie znac a my ja jedynie plastrem zaklejamy (lub jakas behawioralna sugestia)

  4. Aniu, dla mnie śmierć i życie są bardziej złączone niż to się nam wydaje na pierwszy rzut oka. W konsekwencji, lęk przed śmiercią jest tak naprawdę lękiem przed życiem i konsekwencją braku życia w pełni. Im bardziej żyjemy w zgodzie ze sobą, ze swoimi wartościami, ryzykując, żyjąc według tego w co wierzymy, tym mniej boimy się śmierci, nawet jeśli nie jesteśmy głęboko wierzący. Lęk przed śmiercią jest zawsze lękiem przed życiem. Pisze o tym sporo osób, w tym np. Lowen. Mówią także ludzie ze śmiertleną chorobą (polecam książkę Elisabeth Kubler-Ross, Lekcje życia). Dlatego wg. mnie nie warto się zastanawiać czy boję się życia, czy śmierci, bo to jedno i to samo, a wymaga zajęcia się właśnie życiem. Szukaniem jego sensu, szukaniem integracji, życia swoim życiem i swoimi wartościami – a nie wartościami innych ludzi. To oczywiście nie jest łatwe i wymaga pracy, ale jest możliwe i przynosi spokój i poczucie własnej godności.
    Pogrzeb jeszcze – czy faktycznie Twój największy lęk to lęk przed cierpieniem? A może przed opuszczeniem, samotnością, niezrozumieniem, odłączeniem od ludzi, od miłości? Szukaj tego, do czego prowadzą wszystkie lęki – tegu lęku będącego źródłem wszystkich innych – co to jest?

  5. cornelia

     /  Kwiecień 17, 2014

    do nerwicalekowa
    Prosze o szczera odpowiedz: Czy naprawde wierzysz w to ze mozna tak latwo dotrzec do zrodla lekow, do korzenia? Myslisz ze wystarczy troche pogrzebac? Gdyby to bylo takie latwe to ludzie nie zmagali by sie z tym tyle lat, czasmi cale zycie. Mi ostatnio powiedzial psychiatra ze objawy somatyczne, objawy w ciele sa najtrudniejsze do uleczenia poniewaz nie do konca wiadomo jak powstaly a po drugie psychika wlozyla duzo wysilku aby przerzucic emocjonalne problemy na cialo i czlowiek mogl dalej funkcjonowac, wiec tak latwo z tego nie zrezygnuje. A leki ukrywaja cos co nas tak bardzo boli ze nie jestesmy wstanie sie z tym zmierzyc, wiec uciekamy i ich unikamy.
    Uwazam Twoje posty za bardzo pomocne i sama czytam tez rozne ksiazki na ten temat ale tak naprawde wyglada to przeciez tak: Nikt nie wie co jest w twoim srodku (czasami nawet ty sama), co czujesz, co ci sie kiedys przydarzylo, jak przechodzisz przez chorobe, jak cierpisz w zyciu codziennym. Zaden terapeuta nie poswieci swojego zycia aby zajac sie szczegolnie twoimi problemami, nie bedzie o nich myslal po nocach. Mozna zbierac rozne wskazowki, probowac roznych metod, chodzic do najlepszych lekarzy. Robilam to przez pierwsze dwa lata mojej choroby. Skutek byl taki ze bylo ze mna coraz gorzej, zarowno psychicznie jak i fizycznie. Wydawalo mi sie ze stoje w miejscu. Po tych dwoch latach spotkalam innego lekarza, ktory zna zarowno mnie jak i moja przeszlosc lepiej niz ja sama. Pisze bez poprawnosci politycznej: bez Boga nie ma zdrowia psychicznego i nikt inny nie uleczy naszych ran, nie naprawi tego co inni zepsuli. Bez jego pomocy nie bylabym w stanie zmierzyc sie z moimi lekami, moja nienawiscia do ludzi i do siebie samej ani przebaczyc czy doswiadczyc bezpieczenstwa, sily wlasnej osobowosci, piekna wlasnych talentow, zrozumiec ze to co sie wydarzylo nie bylo bez sensu. Jest to pewien luksus: Bog zajmuje sie mna nonstop (dzien i noc) i prowadzi mnie przez chorobe. Juz teraz mowie ze warto bylo zachorowac aby popatrzyc na swiat inaczej, doswiadczac kawalek po kawalku uzdrowienia i milosci jakiej wczesniej nie znalam, odkryc tyle rzeczy na nowo …
    Wiem ze kazdy ma inna droge w zyciu i to szanuje ale mysle ze napewno nikt nie zawiedzie sie na wierze … moze jedynie szybciej zdrowiec lub otrzymac tyle sily ze bedzie w stanie poniesc ciezar swojej choroby

  6. Cornelia odpowiadając na Twoje pytanie: Prosze o szczera odpowiedz: Czy naprawde wierzysz w to ze mozna tak latwo dotrzec do zrodla lekow, do korzenia? Myslisz ze wystarczy troche pogrzebac?” – nie wierzę, że łatwo można dotrzeć do źródeł lęku. Więc na pewno nie łatwo. Ale wierzę, że można. Choć nie zawsze to jest potrzebne. Dla mnie było ważne i potrzebne, ale zajęło 13 lat. Zdecydowanie nie wystarczy trochę pogrzebać. Okazało się, że nie samej śmierci się boję, tylko boję się tego, co będzie potem. Podczas jednych z pierwszych silnych ataków miałam raz jedyny sytuację, w której straciłam kontakt z rzeczywistością, a przeżyłam pewna wstrząsającą wizję. Widziałam, że umieram i że przenoszę się w nicość – tak jak w kosmosie, ciemno, czarno i całkowita izolacja. Bez Boga, bez ludzi. Tylko ja. Całkowita samotność. To był mój najgłębszy lęk. To był korzeń wszystkich innych lęków – w tym także klaustrofobii. Zgadzam się z Tobą, że Bóg, ale prawdziwy, a nie jego fałszywy wizerunek, jest cały czas i cały czas się troszczy.

  7. cornelia

     /  Kwiecień 17, 2014

    Bardzo dziekuje za odpowiedz! Mysle ze bardzo trudno jest zmierzyc sie z tym najglebszym lekiem i naprawde sie ciesze ze Ci sie udalo (to jest dowod na to ze mozna wygrac z nerwica). Ja tez mniejwiecej wiem czego sie najbardziej boje, przypuszczam gdzie jest korzen, ale nie mam jeszcze tyle sily aby ostatecznie sie z tym rozprawic. I moze jeszcze nie musze, doswiadczam bowiem jak Bog buduje mi cos takiego jak moj osobisty „spadachron” ktory mnie trzyma i chroni przed pograzeniem sie w lekach, utrata gruntu pod nogami. Spadam powoli, ale juz na wlasne, silne nogi. Najpierw przez rok budowalam w sobie radosc, prawdziwa radosc zycia. Bo smutny czlowiek to slaby czlowiek. Przez nastepny rok odkrywalam swoje prawdziwe Ja, swoja osobowosc i uczylam sie jej bronic – to byl moj powrot do domu i chronienie moich granic. Teraz pracuje nad wyjsciem z pewnego rodzaju zamkniecia, nad swoja integralnoscia – abym zawsze byla soba, nie tylko w domu i gdy czuje sie dobrze (mam taka nadzieje ze wtedy bede w stanie jechac troche dalej niz tylko 100 km poza miasto)
    Czy moglabys napisac post o snach? Sny sa niesamowite i bardzo fajnie mi sie z nimi pracuje w terapii.
    Pozdrawiam serdecznie i zycze wszystkim Blogoslawionych Swiat Zmartwychwstania Panskiego!

  8. Anonim

     /  Kwiecień 22, 2014

    100 km ? zazdroszczę… dla mnie 15 km było udręką, dziś trochę lepiej, ale nie odważyłam się nigdzie dalej:(

  9. golak

     /  Kwiecień 29, 2014

    Małgosiu , dziękuję za ten post. Mnie też jest dane” dzięki nerwicy” odkrywać zupełnie innego Boga. Mam tylko nadzieję , że to doświadczenie pozwoli na wszystko , o czym piszesz, że będę mogła uwolnić się przede wszystkim od leków( znienawidzona chemia ) i zostawić za sobą zbędne rzeczy , które obciążały mnie od dzieciństwa. Ważna jest wewnętrzna integracja, scalenie, pisałaś chyba też kiedyś o tym. Jezus jest Nauczycielem tej drogi. Jak to dobrze, że na Twoim blogu jest wątek o zniekształconym obrazie Boga.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: