Jakiej prawdy o sobie się boisz?

prawda o mnie

To będzie trochę nieprzyjemny wpis, ale w dłuższej perspektywie jakże uwalniający. Nerwica domaga się prawdy w naszym życiu. Prawdy dotyczącej nas samych i rezygnacji z kłamstw, w które wierzymy i według których za wszelką cenę staramy się żyć. Kiedy pojawia się nerwica wtedy oznacza to, że ciało i psychika mówią „dość” kłamstwom w naszym życiu. Początkowo nie bardzo wiemy, o co chodzi, jakim kłamstwom? W tym poście jednak spróbuję pokazać, że nerwica jest poważnym zanegowaniem prawdy o sobie. Chciałabym Was zainspirować do dalszej refleksji na ten temat.

Istnieje znacząca różnica między świadomością tego, jacy jesteśmy i wtedy dokonywaniem wyboru, że nad pewnymi aspektami nas chcemy pracować, a unikaniem za wszelką cenę prawdy o sobie. Różnica ta polega głównie na tym, że w drugim przypadku robimy wszystko, aby udowadniać sobie i innym, że jesteśmy kimś innym niż to jest naprawdę. Ale ciała nie da się oszukać na dłuższą metę. Ukrywanie prawdy jest wyczerpujące, a przede wszystkim skazuje nas na życie w ciągłym lęku. To ciągły lęk przed tym, aby prawda o nas nie ujrzała światła dziennego, aby nikt nas nie zdemaskował.

Wszyscy siebie okłamujemy i jest to zadanie na całe życie, aby poznawać prawdę o nas, a następnie uczyć się kochać siebie i w efekcie innych ludzi. Taka jest droga każdego człowieka. Każdy z nas jest niedoskonały. Jakże często o tym zapominamy, że jesteśmy tylko ludźmi. Jak wielką krzywdę wyrządzamy sobie samym traktując się jako bogów, którym nie wolno popełniać błędów, którzy od początku mają być doskonali. Może Twoi rodzice mówili Ci inaczej. Może społeczeństwo mówi Ci inaczej. Ale jako człowiek, a niewątpliwie nim jesteś, zawsze będziesz popełniał błędy.

 Jakie jest źródło ukrywania prawdy o sobie?

To okres dzieciństwa określa w największym stopniu, jakie części nas są akceptowalne, a jakie musimy odrzucić. Bardzo często rodzice, którzy np. sami byli wychowani surowo i np. nie wolno im było się przeciwstawiać, ani okazywać gniewu, albo słabości nie będą pozwalać na to także swoim dzieciom. I dzieci uczą się w ten sposób, że ta część ich samych, jakże typowa dla bycia człowiekiem, musi zostać odrzucona. Tu mieści się jądro nienawiści do siebie. Tak powstają dzieci zawsze miłe i układne, ale starające się za wszelką cenę przed samymi sobą i przed innymi podtrzymać wizerunek „osób miłych”.

Określenie jaka część nas jest akceptowalna, a jaka nie, najczęściej odbywa się poprzez własne zranienia rodziców w konkretnej sferze, albo pod wpływem wartości ważnych dla rodziny. W mojej rodzinie wysoko w hierarchii wartości stała praca. Osoba pracowita, która ciężko pracowała, otrzymywała bilet do krainy odpoczynku. Bez ciężkiego zmęczenia nie można było mieć prawa do odpoczynku. Jak można sobie wyobrazić, w pogardzie było lenistwo. Kiedy przez okres roku nie mogłam znaleźć pracy cały czas obawiałam się jednego zasadniczego zarzutu ze strony rodziców – że jestem leniwa. Sama gardziłam osobami bezrobotnymi. Sądziłam, że po prostu nie chce się im pracować. Nie interesowały mnie przyczyny takiego stanu (czyż bowiem leżenie na kanapie cały dzień daje ludziom szczęście?). Jakże sama bałam się takiego oskarżenia. Jak mocno odczuwałam nienawiść do samej siebie. W głowie dudniło „jesteś leniwa”. Moje działania służyły głównie temu, aby udowodnić sobie i światu, że nie jestem leniwa. Jak dobrze, że dzisiaj mogę to zaakceptować jako część siebie. Tak, często jestem leniwa. A często po prostu nie mam siły. Póki nie niszczy to mojego życia i życia innych, mogę to po prostu przyjąć. Nie zabiera to nic z mojej wartości i nie muszę już udowadniać światu, że tak nie jest.

Innym kłamstwem o sobie jest przyjęcie roli „męczennika”. To osoba, która bez granic poświęca się dla innych. Czerpie swoją wartość z bycia „męczennikiem” powodując we wszystkich dookoła poczucie winy. Chyba każdy z nas spotkał taką osobę. Poświęcamy się dla innych, bo wtedy ludzie będą nas lubić i będą czuli się zobowiązani wobec nas. Podtrzymujemy obraz siebie jako męczennika, a najbardziej boimy się zarzutu, że robimy coś interesownie. A przecież jako ludzie po prostu robimy czasem (a nawet bardzo często) rzeczy interesownie! W rzeczywistości jednak próbujemy manipulować innymi, a nasza pomoc zawsze jest interesowana i zniewala nas samych. Jak każde z powyższych kłamstw.

Także wiele osób, szczególnie tych które zostały wychowane w religii katolickiej, z powodu lęku przed Bogiem za wszelką cenę chce być osobami dobrymi. To jest głębokie przekonanie mówiące o tym, że tylko dobrzy ludzie są wartościowi i mają prawo, aby żyć i być szczęśliwymi. Każdy zarzut zbliżający nas do świadomości, że się jest złym człowiekiem powoduje, że chcemy widzieć się jako „świętych” i takich siebie próbujemy promować. To prosta droga do odrzucenia prawdy na temat własnej niedoskonałości i grzeszności, bo nie ma ludzi, którzy by nie ranili innych. Ja także przez lata starałam się udoskonalić moralnie na własną rękę. To też w dużej mierze przyczyniło się do moich problemów. W efekcie przede wszystkim się odczłowieczyłam. Stałam się automatem. Ta zbroja „dobrego człowieka” zabrała mi całą spontaniczność i możliwość pełnego wyrażania siebie wobec siebie samej i innych ludzi, ale w zamian dawała mi poczucie ochrony i szacunku innych ludzi (oh jakże złudne).

Minęły lata zanim Bóg pokazał mi wyraźnie, że nie o to Mu chodzi. Że On doskonale wie, że nie jesteśmy w stanie sami zmienić się na lepsze, ale że to Jego miłość nas zmienia. Wszelkie próby samodzielnego zmieniania się na lepsze prowadzą do obłudy (jak to było u faryzeuszów i współcześnie jest także widoczne). Wiele osób, mimo chodzenia przez wiele lat do kościoła, nigdy nie słyszała przesłania Ewangelii, która mówi o tym, że Bóg uznał, że Twoje życie, zanim jeszcze ruszyłeś palcem, warte śmierci śmierci Jego Syna. Że jesteś wart tego, aby Bóg wziął na siebie wszelką karę za Twój grzech i abyś mógł przyjąć przebaczenie i świętość za darmo, jako niezasłużony dar, którym jest Łaska.  Kiedy zrozumiesz, jak wielką wartość On widzi w Tobie i jak cenny jesteś w Jego oczach, to dopiero zacznie Ciebie zmieniać od środka (dla zainteresowanych polecam przestudiowanie fragmentów: Rz 3,19-20, Rz 3,21-26, Rz 3,28, Rz 5,10, Rz 8,1-3, Gal 2,16, Ef 2,8-10).

Po czym poznać, że ukrywamy przed sobą jakąś prawdę?

Jest kilka charakterystycznych objawów tego, że nie chcemy poznać prawdy o sobie. Są one także często poruszane w różnych ścieżkach rozwoju duchowego.

  1. Łatwość w osądzaniu innych

Jak często zdarza Ci się oceniać innych? Bezdomnych, pijanych, bezrobotnych, skąpo ubrane dziewczyny albo wysoko postawione bądź bogate osoby? Kim gardzisz i dlaczego? Czy łatwo wydajesz osądy na ich temat? Jeśli tak, świadczy to o tym, że nie poznałeś jeszcze prawdy o sobie. Że ukrywasz ją za iluzjami na swój temat. Oczywiście, za iluzje te płaci się sporą cenę. Ten sam ładunek nienawiści, który kierujesz do innych, będziesz kierował do siebie.

Przyjrzy się jakimi cechami innych ludzi gardzisz. A może jednak coś z tego jest w Tobie, tylko nie pozwalasz sobie te zobaczyć? A może to burzy Twój idealny wizerunek siebie, na którym opierasz całą swoją wartość? Czy jesteś wartościowym człowiekiem tylko dlatego, że jesteś „inteligentny” i masz „dobrą pracę”? Jak mała to wartość? A może Twoja wartość kryje się głębiej i jest niezależna od tego jaki jesteś, albo co robisz?

    2. Punkty honoru i duma

Przyjrzyj się wartościom Twojej rodziny, co oni cenili. Prawdopodobnie przejąłeś je po rodzinie. Np. prawnicy lub lekarze mogą cenić ludzi, którzy zajmują ważne, prestiżowe społeczne stanowiska i na tym opierać swoją wartość. A Ty na czym opierasz swoją wartość? Na pieniądzach, sukcesach, karierze, przystojnym mężu? Jakie masz swoje punkty honoru? Czego nie zrobiłbyś za „żadne skarby świata”, jaki nie chciałbyś być „nigdy w życiu”. Co jest dla Ciebie „nie do przyjęcia”. Jakich ludzi postrzegasz w takich kategoriach? I co to mówi o Tobie?

  3. Tendencja do polaryzacji

Kiedy odrzucamy prawdę o sobie lubimy patrzeć na siebie i innych w sposób czarno-biały. Nie dostrzegamy szarości i nie mieści nam się w głowie łączenie przeciwieństw. I tak myślimy o sobie jako o dobrych ludziach, a o innych, którzy np. biją dzieci, jako o złych. Uważamy siebie za pracowitych, inteligentnych i tak dalej. Także innych postrzegamy w skrajnych kategoriach. Przejawia się to właśnie głównie w osądach. Nie mieści nam się w głowie, że alkoholik może okazywać więcej serca innym ludziom, niż my sami. Że jesteśmy dobrymi ludźmi i złymi zarazem. Że potrafimy robić dobre rzeczy, ale potrafimy też ranić. Szczególnie, jeśli zło, które czynimy nie jest widoczne na zewnątrz. Wypieramy nasz gniew uważając się za dobrych i  faktycznie, nikogo nie pobijemy i nie stracimy panowania nad sobą, ale gniew wyjdzie nam bokiem w postaci zabójczego tonu, pogardy wobec męża „jak zmywasz te naczynia”, dzieci, czy żony. Wyjdzie w formie cynizmu. A gniew to gniew. Zło zamaskowane zawsze będzie złem, tylko w białych rękawiczkach. Jeśli myślisz o sobie inaczej, to odrzucasz prawdę o byciu człowiekiem.

Także perfekcjonizm jest kompletnym zaprzeczeniem człowieczeństwa. Często bierze się z domów, w których nie było miejsca na błędy. Także ze szkół, w których przez długi czas byliśmy najlepszymi uczniami, a potem poszliśmy w świat i okazało się, że są lepsi od nas. Myślenie, że możemy zawsze zrobić coś doskonale, bez błędu i bez przechodzenia procesu uczenia się jest znów zaprzeczeniem człowieczeństwa i potężnym ciosem nienawiści w nas samych.

Dlaczego tak trudno zmierzyć się z prawdą o sobie?

Głównym źródłem jest lęk. Lęk przed tym, że nie będziemy kochani, akceptowani, że nie jesteśmy pełnowartościowymi ludźmi. Tymczasem to dopiero prawda o nas samych otwiera nas na bliskie relacje, na głęboką miłość. Świadomość swoich błędów otwiera nas na szczere przeprosiny i możliwość przyznania się do błędu bez niszczącej nienawiści do siebie. Na ekspresję siebie w pełni. Na bycie asertywnym. W dzieciństwie wielu z nas odrzucenie części siebie uratowało nam życie. Ale w dorosłości musimy się oduczyć odrzucać siebie, poznać prawdę o sobie i uczyć się na nowo życia. Bo to właśnie dopiero poznanie prawdy o sobie sprawia, że człowiek nie potrzebuje już więcej udawać i bać się, że zostanie zdemaskowany.

Czym jest poznanie i akceptacja siebie?

Akceptacja siebie w pełni oznacza przede wszystkim to, że przyjmujemy do wiadomości całą prawdę o sobie i że już nie musimy sami przed sobą udawać, że jesteśmy kimś, kim nie jesteśmy. Nie oznacza to, że wiedza o nas sprawia, że czujemy się wyłącznie dumni. Jesteśmy czarni i biali więc pozwalamy sobie widzieć w sobie zalety, ale także nasze ciemne strony. Przyjmujemy je bez osądzania i wtedy decydujemy, że z częścią z nich chcemy np. coś zrobić.

Reklamy
Dodaj komentarz

16 komentarzy

  1. Bardzo mądry wpis. Dziękuję.

  2. Marcin Halifax

     /  Sierpień 5, 2016

    Mocny przekaz, daje do myślenia ….

  3. Raptus

     /  Sierpień 5, 2016

    Nie potrafię znaleźć w sobie kłamstwa. A przecież gdzieś musi być. Zbyt mały obszar bym mogła się czegoś uczepić. Coś z tym „byciem miłym” jest ma rzeczy, ale pi wielu terapiach już nie rozpoznaję co było a co jest. Już czasem po prostu nie mam siły tych nieustannych rozważań nad sobą.

  4. Kati

     /  Sierpień 9, 2016

    Raptus, jeśli jesteś już po kilku terapiach i nadal nie widać końca tej drogi to po prostu ‚puść to’. Czasami przychodzi taki moment kiedy trzeba przestać szukać, analizować, drążyć, dociekać, zastanawiać się. Czasami trzeba odpuścić i oddać to komuś większemu niż my sami. Mi osobiście pomaga jak to sobie nazwałam medytacja z Bogiem (choć nie przepadam za słowem Bóg ze względu na niekoniecznie dobre skojarzenia, a na słowo kościół dostaję wysypki). Więc….siadam wygodnie, biorę kilka głębszych oddechów, kładę rękę nieco poniżej środka klatki piersiowej i przenoszę tam powoli swoją uwagę. Po chwili czuję że to miejsce, gdzie bije moje serce, wypełnione jest dobrą, ciepłą, pozytywną energią. Że jest to miejsce w którym ukryty jest mój wewnętrzny spokój, szczęście, prawdziwa bezwarunkowa miłość. Czasami myślę, że ta energia ma formę jakiegoś światła, czasami jest to po prostu ciepło. Kiedy tak siedzę i wsłuchuję się w to miejsce czuję jak ta energia powoli zaczyna rosnąc. Zwiększa się obejmując moje ciało. Czuję, że jest jednocześnie we mnie i poza mną. Otacza mnie jakby bezpiecznym kokonem. Jest siłą większą i mocniejszą ode mnie. Często w takim stanie samoistnie przychodzą do mnie same myśli: Jesteś ok, jesteś w porządku taka jaka jesteś, nie bój się, jestem z tobą, wszystko będzie dobrze, kocham Cię. Wiem, że trudno w to uwierzyć ale naprawdę słyszę coś takiego w głowie.
    Niesamowicie mnie to leczy. Polecam min 1 x dziennie a najlepiej 2 x dziennie. Mi to zajmuje ok 5-6 minut. Pozdrawiam

  5. Karolina

     /  Sierpień 20, 2016

    Dziękuję

  6. Marcin

     /  Sierpień 25, 2016

    To prawda.

  7. macarones

     /  Sierpień 31, 2016

    Dziękuję za ten wpis. I za ten blog.
    Pomógł mi bardzo i uświadomil że tabletki nie są jedynym wyjściem.

  8. macarones – cieszę się, że zaczynasz widzieć więcej. To jest proces i mnie też zajęło to trochę czasu. Ale jak zaczynamy widzieć więcej to też zaczynamy widzieć więcej sensu w naszym cierpieniu, a w efekcie więcej nadziei na wyleczenie. Życzę Ci nieustawania..

  9. Trudno nawet przez terapie wyzbyć się przyzwyczajeń na własny temat, że nie należy być niemilym,nie można popełniać błędów, zawsze trzeba być pogodnym, nie sprawiać bliskim kłopotów, być uprzejmy dla obcych nawet jeśli ci nie są całkiem uprzejmi dla nas itd. Przykłady mozna mnożyć. To długa praca takie dopuszczenie do siebie głosu, że można nie być idealnym i mieć prawo do popełniania błędów.

  10. Jacek

     /  Wrzesień 6, 2016

    Dziękuję Ci za ten blog. Jego lektura pomogła mi on na początku mojego spotkania z nerwicą i nadal pomaga. To bardzo ważne, aby spojrzeć sobie samemu w twarz, poznać prawdziwego siebie. Można zobaczyć rzeczy straszne, ale i bardzo dobre. Mając świadomość siebie mogę odrzucić rzeczy negatywne i zbudować siebie samego od nowa, na tym co we mnie dobre. Prawda pomaga przezwyciężyć lęk. Bo przecież boimy się głównie tego, co nieznane. Dziękuję raz jeszcze 😉

  11. Izabela Domurad

     /  Wrzesień 8, 2016

    Szukam terapia leczenia zaburzeń lękowych. Najczęściej nie ma już funduszy z NFZ lub miejsc..szukam psychoterapii w Warszawie. Ursus włochy Bemowo Pruszków.

  12. Nowacka

     /  Wrzesień 27, 2016

    Dzień dobry mam pytanie,może głupie,może nie. Czy w trakcie picia nawet małych ilości alkoholu odpadają was ataki paniki? Jeśli tak to co wtedy robicie? Jak sobie z tym radzić lub jak się wyzbyć(niestety u mnie zdarzają się nawet po minimalnych ilościach,a symbolicznego szapamana odmówić nie wypada)

  13. Dziękuję, za ten wpis.

  14. Kasia

     /  Listopad 2, 2016

    To prawda, dosyć kłamstw. Dziękuję za dobry artykuł.

  15. Anonim

     /  Styczeń 6, 2017

    PRAWDA 🙂 Poza ” szczególnie tych, którzy zostali wychowani w religii katolickiej „. Każdą wartość, niezależnie od wyznania, można zdeformować i taki wypaczony obraz przekazywać własnym dzieciom albo wiernym; to nie konkretna religia jest źródłem lęku, tylko ” straszenie ” Bogiem przez rodziców albo duchownych, często nieświadome. Sama doświadczyłam tego bardzo boleśnie (nerwica lękowa, stany depresyjne, kilkuletnia psychoterapia) i proszę, nie piętnuj religii katolickiej mimo, że będąc w niej wychowana zostałaś zraniona (podobnie jak ja i wielu innych) – robisz to bardzo subtelnie i delikatnie, a jednak.. boli. Zamiast powielać błędy naszych rodziców, a często też księży, pastorów, imamów i innych mądrali, może spróbujmy razem zbliżyć się do Człowieka, bez ustalania, kto jest szczególnie…

  16. Bardzo ciekawy i pomocny wpis.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: