Ku wolności

Zawsze będę powtarzać, cierpienie nie uszlachetnia. Może uszlachetnić, podobnie jak wiele innych przeżyć, np. jak macierzyństwo, a nawet praca. Ale podobnie jak inne zdarzenia, a nawet częściej, może złamać. Cierpienie jest odrażające, a w cierpieniu psychicznym człowiek pozostaje sam ze sobą. Nikt, kto nie doświadczył lęku nerwicowego, nie zrozumie, przy całej swojej empatii, co przeżywa człowiek podczas napadów paniki. Nikt też w dłuższym czasie nie jest w stanie przyjmować ze zrozumienie dziwnych zachowań i obaw osoby, która nie ma choroby somatycznej i wygląda na zdrową. Dlatego osoby z nerwicą nie mogą liczyć na współczucie społeczne i zrozumienie.

Kiedy byłam na pierwszym roku studiów miałam za zadanie napisać jakąś krótką rozprawę filozoficzną. Ponieważ niewiele wiedziałam o filozofii, a o życiu tym bardziej, jedyny temat, który, o zgrozo, wydawał mi się prosty do napisania, to cierpienie. Tak wymyśliłam sobie tytuł „Cierpienie, drzwi do wolności, szczęścia i Boga”.
Pół roku później ciało odmówiło mi posłuszeństwa. I tak zaczęłam pisać te pracę od nowa – tym razem pisało samo życie.

Nie mam wątpliwości, że pierwszym i najważniejszym owocem, do którego doprowadził mnie lęk, była istota wolności i na tym etapie, choć to prawie przedsionek szczęścia, wciąż jestem.

Co rozumiem pod pojęciem wolności? W jakim wymiarze doświadczam tej wolności? Przede wszystkim, kiedy się boimy, możemy zachowywać się tak, jak inni chcą, żebyśmy się zachowywali. Możemy także stać się tacy, jak inni chcą, żebyśmy byli. Możemy także kochać innych ze strachu i robić wiele rzeczy ze strachu. Możemy nigdy nie stać się sobą, ponieważ lęk trzyma nas na uwięzi. Póki się boimy nasza wiara nie będzie dojrzała, a nasze związki nie będą autentyczne. Ja byłam od dziecka grzeczna. Zawsze wydawało mi się, że będąc grzeczną dziewczynką uczynię lżejszym życie mojej mamy i będę otrzymywała miłość, a unikała odrzucenia. Od dziecka chodziłam też do Kościoła i przystępowałam do Komunii. Wobec Boga także byłam grzeczna, znacznie dłużej niż tylko w dzieciństwie. Byłam miła dla wszystkich ludzi, znosiłam upokorzenia, nie złościłam się, nie odmawiałam, nie odczuwałam gniewu, ani pożądania.

Odczłowieczyłam się. Oddaliłam się od człowieczeństwa, od ludzi, od siebie samej i od Boga.
Do tego prowadzi niewłaściwe rozumienie rzeczy najważniejszych.

Czym jest doświadczenie, że mogę od Boga odejść i On mnie nie ukarze, że mogę dokonać wyboru, spotkać się z konsekwencjami, ale za wybór mój nie będę ukarana? I jeśli autentycznie będę chciała do Boga wrócić, to on przywita mnie z radością i łzami? Czym jest życie w zgodzie z własnym sercem, dokonywanie wyborów według wiedzy i dojrzałości, będącej naszym udziałem w danym momencie życia? Czym jest życie w relacji z innymi będąc w całości takim, jakim się jest, gniewanie się, żal, kłótnie i miłości – a wszystko autentycznie i szczerze? Czym jest siła do przeciwstawienia się oczekiwaniom innych ludzi, ich wizjom na nasze życie, siła do nie ulegania manipulacjom? Czym jest poczucie, że na miłość nie trzeba zasłużyć, że ktoś może nas kochać nie za coś, a dlatego, że jesteśmy po prostu. Że ktoś może nas kochać nie wtedy, kiedy postępujemy według czyjegoś życzenia, bądź jesteśmy tacy, jak inni chcą nas widzieć? To jest właśnie dla mnie wolność. Wolność, którą wielokrotnie przeklinałam, okazała się kamieniem węgielnym każdej prawdziwej relacji, a także prawdziwej miłości.
Nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo człowiekiem, tak bardzo blisko ludzi, jak teraz.

%d blogerów lubi to: