Moja historia

Moja historia
Mam 36 lat. Przez 16 lat borykałam się z nerwicą lękową. Lęk był główną treścią mojego życia, chociaż póki nie eksplodował, nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Choroba wiele mi odebrała, ale też zmusiła mnie do walki o życie i o siebie. Teraz zbieram owoce w postaci bliskich relacji i odwagi do życia. Wiele zawdzięczam psychologii. Ostatecznie jednak ze szponów śmierci wyrwało mnie osobiste spotkanie z Bogiem. Od tego momentu moje życie zaczęło podlegać dalszej transformacji w sposób, jakiego się nie spodziewałam. Był to jednak proces pracy, nie wydarzyło się to jednego dnia.

Aby skuteczniej pomagać innym przekwalifikowałam się. W 2015 roku zostałam psychologiem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. W 2016 chcę ruszyłam z programem warsztatów dla osób, które borykają się z lękiem i objawami nerwicowymi.

Jak to się zaczęło?
Lęk zaczął pojawiać się pod koniec liceum. Wchodził w moje życie powoli, początkowo odczuwałam go jedynie z dala od domu, na wyjazdach. Pewnego dnia, gdy wracałam do domu, rozpętała się burza. Doświadczyłam pierwszy raz w życiu bliskości śmierci, silnego przeczucia, że zaraz zginę. Gdzieś po miesiącu będąc na mieście moje ciało zaczęło się dziwnie zachowywać. Zrobiło mi się słabo, dostałam drgawek, nudności, a moje serce pędziło jak oszalałe. Przeleżałam na ławce w centrum miasta kilka godzin, aż wszystko się uspokoiło. W kolejnych dniach jednak się to powtarzało, więc rodzice zawieźli mnie do szpitala. Byłam tak osłabiona, że nie miałam siły chodzić. Miałam także ogromne problemy ze spożywaniem pokarmów, ponieważ cały czas towarzyszyły mi nudności. Były tak silne, że toczyłam walki, żeby coś połknąć i utrzymać w żołądku. Przez okres roku bardzo mało jadłam, zazwyczaj udało mi się zjeść zupę i dwie kanapki, co stanowiło większość mojego dziennego spożycia.

Początkowo nikt nie wiedział co mi dolega. Dostałam leki na zwolnienie pracy serca i wysłano mnie do domu. Przez tydzień brałam tylko te leki. Potem trafiłam do lekarki medycyny pracy, która była jednocześnie homeopatką. Ona pierwsza mnie zdiagnozowała na nerwicę lękową, dała mi także wiele leków homeopatycznych, które choć nie przynosiły mi ulgi, stanowiły jedyną nadzieję, oraz wysłała do psychologa.

Ja osobiście w taką diagnozę nie wierzyłam przez około pół roku. Nie uważałam, że mam jakiekolwiek problemy psychiczne, które mogłyby doprowadzić do takich zaburzeń. Jednakże zaczęłam chodzić do psychologa. W pewnych momentach przeczucie śmierci było tak silne, że żegnałam się marzeniami, wizjami swojej przyszłości, ludźmi z przeszłości. Z uczuć nie pozostało mi wtedy już nic, tylko lęk. A budząc się każdego dnia dziwiłam się, że wciąż żyję.

Apogeum
Tak się zaczął kompletny rozkład mojego życia. Przez rok nie mogłam się normalnie odżywiać. W domu kazano mi „wziąć się w garść„. Chudłam. Wymioty, wymioty, biegunka, biegunka. Potem doszły potworne bóle żołądka, pierwszy rok walki o jedzenie, drugi rok – ból. A przy tym wszystkim potworny lęk i poczucie odrealnienia, zniekształcenia rzeczywistości. Kolory były przejaskrawione, a podczas napadów paniki „wykrzywiały się” ściany. Zdarzało się, że nie wiedziałam jak wrócić do domu, albo co jest napisane na rozkładzie jazdy. Te wszystkie doświadczenia rodziły ogromną bezradność i coraz większą depresję.

Lęk przed śmiercią
Zaczęły się regularne typowe napady paniki. Na początku nie wychodziłam z domu, potem powoli starałam się wychodzić. Napadom towarzyszyły duszności, biegunki, omdlenia, zawroty głowy.
Każdego dnia w mojej głowie brzmiało „dziś umrzesz”. Wszędzie robiło mi się słabo. Nie mogłam korzystać z toalet, jeździć windą, chodzić do kina, biblioteki, hipermarketu, oddalać się od domu. A we wszystkim najgorsze były: lęk, ciągła poczucie bliskości śmierci, ból fizyczny i brak zrozumienia w domu. Codzienne bóle żołądka trwały 3 lata, przy czym jednego roku ból zdarzał się tak silny, że nocą gryzłam poduszki.

Praca nad sobą
Lekarka, która mnie zdiagnozowała, skierowała mnie na terapię. Przez pół roku powtarzałam terapeucie, że umieram i nie mam żadnych problemów. Dopiero po pół roku zaczęłam wierzyć, że może jest coś na rzeczy. Powoli moje oczy zaczęły się otwierać na rzeczywistość mojego życia psychicznego. To był bardzo bolesny proces. Zaczęłam czuć więcej emocji, których wcześniej zupełnie sobie nie uświadamiałam. W sumie w różnorodnych terapiach, w tym także na Oddziale Dziennym brałam udział 5 lat (w sumie około 3 lat terapii indywidualnej). Byłam zdeterminowana, aby sobie pomóc. Były to terapie psychodynamiczne, jak i poznawczo-behawioralne. Każda terapia odkrywała przede mną nowe obszary mojego świata. Uczyłam się zwracać uwagę na swoje potrzeby, pozwalać sobie na emocje, odbudować kontakt z samą sobą. Zaczęły się zmieniać moje relacje z ludźmi, mój sposób rozmowy. Okazało się, że wcześniej nie potrafiłam wchodzić w głębsze relacje, mówić o sobie, rozmawiać o tym, co ktoś czuje, myśli. W zasadzie praca nad sobą trwa do dziś. Ciągle stawiam sobie kluczowe pytania, kiedy czuję większe napięcie w ciele, albo emocje, które mi się nie podobają. Nauczyłam się korzystać z tych wskazówek, aby dochodzić do prawdziwej ich przyczyny. Jednakże nie wszystkie lęki ustąpiły. Wciąż borykałam się z wewnętrznym potępieniem, poczuciem winy, brakiem sensu życia, brakiem motywacji, aby żyć.

Jeden Bóg
Przez te wszystkie lata błagałam Boga o ratunek. To była jedyna rzecz, którą mogłam zrobić, chociaż nie wierzyłam, że Bóg cokolwiek tu zdziała. Lecz trzymanie się jakiejkolwiek nadziei było lepsze niż momenty braku nadziei, kiedy chciałam się zabić. Jednak zawsze lęk przed śmiercią i potępieniem był silniejszy. Ale pragnienie ulgi w tym ogromnym cierpieniu było przeogromne.

Wiele doświadczeń, które zebrałam w Kościele przyczyniły się do odejścia z kościoła katolickiego. Przez 5 ostatnich lat wołałam do Boga, aby objawił się sam, bo wszystko co o Nim wiedziałam mnie niszczyło. W 2014, któregoś dnia, Bóg niesamowicie odpowiedział na moje modlitwy. Od tego dnia rozpoczął się dalszy proces przemiany mojego życia. Dziś jestem w kościele protestanckim, ale to nie kościół jest moją nadzieją, ani nie religia. To Bóg sam dotknął mnie niesamowicie swoją miłością i nadał mi wartość, a mojemu życiu sens. W końcu mogłam być słaba, w końcu Ktoś zaakceptował całą prawdę o mnie i mogłam zrezygnować z samotnej walki i pozwolić sobie na to, jaka jestem. To był proces, w którym poznawałam Kim On jest, a przez to poznawałam siebie. Proces, w którym uczyłam się na nowo żyć. Bóg przywrócił mi wiele praw, które kiedyś zostały mi zabrane. Prawo do słabości, prawo do bycia nieidealną, prawo do złości, prawo do nieradzenia sobie, prawo do prawdy o sobie i wiele innych.

Piszę o Bogu, ponieważ takie jest moje doświadczenie. Ale nie oznacza to, że chcę przez to powiedzieć, że jeśli nie uwierzysz w Boga, to nie będziesz zdrowy. Wierzę, że jeśli będziesz szukać prawdy o sobie to w końcu ją znajdziesz. Wierzę, że Bóg jest miłością. Jeśli więc będziesz szukać miłości, także tej do siebie, znajdziesz właściwą drogę.

Mój sens
Te wszystkie lata mnie wyrzeźbiły. Dziś jest już zdecydowanie łatwiej, ponieważ powoli zbieram owoce cierpienia i pracy, którą wykonałam. Nie jestem zwolenniczką teorii, że cierpienie uszlachetnia i zawsze cierpienie będzie budziło moją odrazę. Nie jednego człowieka złamie ono doszczętnie i zniszczy. Ale cierpienie może sprawić, że rodzi się w człowieku determinacja i to ona dopiero daje siłę, żeby przeciwstawić się kłamstwu – zdobyć się na odwagę, żeby żyć zgodnie z własnym sercem, a nie według życzeń i oczekiwań innych. Także, żeby podjąć często ryzykowne i trudne decyzje, ale zgodne z naszym wewnętrznym pragnieniem. Niewątpliwie najdroższym owocem dla mnie jest poznanie prawdy o Bogu, a zaraz potem odkrycie siebie i własnego serca, własnych najgłębszych pragnień, a nie tych, które wydawały mi się nimi, a w rzeczywistości były albo czyimiś pragnieniami, albo czyimiś oczekiwaniami wobec mnie.

Nerwica przywiodła mnie do prawdziwej wolności. Zaczęłam budować głębokie relacje z innymi ludźmi i narodziło się we mnie ogromne zrozumienie dla ludzkiego cierpienia i słabości. To bardzo zbliżyło mnie do ludzi i jest do dziś źródłem wielkiego szczęścia. Ale sama nadal jestem w procesie. Wciąż mam obszary, które stanowią wyzwanie. Takim wyzwaniem pozostaje dla mnie chociażby lot samolotem i dalekie podróże.

Jednocześnie praca z lękiem – badanie go odkrywanie i rozumienie, stało się moją pasją. Dlatego postanowiłam pójść na studia psychologiczne. Moim pragnieniem jest zebranie dobrych i skutecznych metod pracy z lękiem w jeden holistyczny program terapeutyczny leczenia nerwic i wspieranie ludzi, którzy są na tej drodze.
Mam nadzieję, że ta strona pomoże Ci. Że skróci Twoje cierpienie.

Reklamy
%d blogerów lubi to: