Definicja nerwicy

Obecnie sformułowanie „nerwica lękowa” stosuje się najczęściej w mowie potocznej. W psychiatrii mówi się raczej o zaburzeniach lękowych. Ja się nim posługuję na stronie, ponieważ w świadomości społecznej sformułowanie to funkcjonuje bardzo dobrze, a osoby cierpiące na zaburzenia lękowe posługują się najczęściej tym zwrotem.

Zanim spróbuję zdefiniować, czym jest nerwica lękowa, chcę napisać kilka zdań o tym, czym jest lęk.

Lęk jest naszym nieodłącznym towarzyszem niedoli. Podobnie jak ból, lęk niesie ze sobą informację, która ma nas skłonić do działania, w celu ochrony naszego życia, zdrowia lub psychiki. Lęk w zaburzeniu lękowym różni się od zdrowego lęku przede wszystkim tym, że jest bardziej intensywny,  dłużej trwa (miesiące lub lata), uniemożliwia regenerację organizmu oraz prowadzi do fobii. Taki lęk znacznie utrudnia codziennie życie, a czasem wręcz uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Lęk jest podstawowym objawem nerwic, choć nie specyficznym (czyli nerwica nie jest jedynym zaburzeniem, w którym lęk jest głównym objawem).

Jedną z najkrótszych i prostszych definicji nerwicy znalazłam u Aleksandrowicza w Zaburzenia nerwicowe, zaburzenia osobowości i zachowania dorosłych: psychopatologia, diagnostyka, leczenie (Kraków, Collegium Medicum 1997), gdzie autor pisze, że zaburzenia nerwicowe są zaburzeniami psychicznymi bez podłoża organicznego, w których zachowana jest ocena realności między subiektywnymi doświadczeniami lękowymi a rzeczywistością i nie zachodzi dezorganizacja osobowości.

W Kompendium psychiatrii, psychoterapii i medycyny psychosomatycznej (autorzy: H. Freyberg, W. Schneider, R. Stieglitz, Wydawnictwo  Lekarskie PZWL, Warszawa 2005 r.) znalazłam taką definicję:

Zaburzenia lękowe to grupa zaburzeń, charakteryzujących się nadmiernymi reakcjami lękowymi przy jednoczesnym braku poważnego niebezpieczeństwa czy zagrożenia zewnętrznego.

Jednak najbardziej spodobała mi się próba zdefiniowania zaburzeń nerwicowych przez Jerzego Mellibrudę w książce Poszukiwanie samego siebie. Autor pisze następująco:

Jeżeli borykamy się ze sprzecznymi sprawami (sytuacjami, czy pragnieniami), które wymagają naszej uwagi, wtedy powstaje konflikt wewnętrzny. Jeżeli stan takiego konfliktu utrzymuje się bez zmian przez dłuższy czas, jeżeli próby rozwiązania nie przynoszą skutków i jeżeli towarzyszy temu dezorganizacja zachowania i przykre przeżycia, wtedy uważa się, że wystąpił konflikt nerwicowy.

To właśnie ten konflikt jest najczęściej uznawany za bezpośrednią przyczynę powstawania nerwic.

I dalej możemy czytać:

Poszukiwanie równowagi (między osobą a otoczeniem – przypis red.) często prowadzi do nadmiernego wycofywania się, do zezwolenia otoczeniu na zbyt silne zawładnięcie nią, do przytłoczenia jej przez zewnętrzne interwencje. (..)

Wydaje się, że dzieje się tak wówczas, gdy jednostka i jej najbliższe otoczenie jednocześnie doświadczają odmiennych potrzeb.

Wszelkie zaburzenia nerwicowe wyłaniają się z niezdolności jednostki do znalezienia i utrzymania właściwej równowagi między nią samą, a resztą świata. Wszystkie formy tych zaburzeń związane są z faktem, że granica otoczenia społecznego rozciąga się zbyt daleko w wewnętrzny obszar danej osoby.

Takie naruszenie granicy jednostki, powodujące zagrożenie jej wartości i odrębności, mobilizuje cały system obronny.

Moja własna definicja nerwicy lękowej to zaburzenie psychiczne powstałe na skutek długotrwałego stresu (szeroko rozumianego), pod wpływem którego następuje rozregulowanie autonomicznego układu nerwowego (odpowiadającego za reakcję pobudzania i hamowania).

Reklamy
Poprzedni wpis
Następny wpis
Dodaj komentarz

7 Komentarzy

  1. Uważam, że Jerzy Mellibruda źle definicjuje nerwicę. Nie wiem kim ten pan jest, lecz nie ma bladego pojęcia
    o tej chorobie. Gdyby na forum był koncert życzeń, zyczyłabym panu Jerzemu jeden rok zaburzeń lekowych
    z wszystkimi objawami !!!!!!!.

  2. Wielu specjalistów od lat , próbuje zdefiniować nerwicę, bez większych skutków. Nikt nie wie , co naprawdę przezywa chory, to po prostu trzeba przeżyć. Od 22 lat choruję na nerwicę , i wiem , że jest to choroba przewlekła, z której się nie wyleczę . Z tą chorobą się nie walczy , po prostu , trzeba ją zaakceptować i nauczyć się z nią żyć.
    Nie ma leku, typowo na nerwicę , więc faszerują nas antydepresantami i psychotropami , które nie leczą nerwicy, jedynie zagłuszają jej skutki. Mimo tak dużego postępu medycyny , nikt nie może znaleźć leku na tą potworną chorobę! Uważam, że powodem jest niewiedza, czym tak naprawdę jest nerwica !.

  3. PRAWO87

     /  Lipiec 7, 2014

    Witam wszystkich zmagających się z tą okropną „przypadłością”

    Mam 27 lat, córeczkę Olę, która ma 4 latka i męża (obecnie nasz związek przechodzi kryzys). Z objawami nerwicy pierwszy raz spotkałam się 3 lata temu. Zaczęło się od zawrotów głowy i strasznych kołatań serca. Z początku nie przywiązywałam do tego większej wagi, myślałam, że związane jest to z przemęczeniem, niedosypianiem w nocy. Zaobserwowałam też spadek wagi i nastroje depresyjne. Odechciało mi się spotkań ze znajomymi, spacerów etc. Po kolejnym ataku paniki związanym z kołataniami serca (na autostradzie w nocy) postanowiłam pójść do lekarza, zrobiłam badania podstawowe i diagnoza była jasna – nadczynność tarczycy (TSH 0,005). Endokrynolog przepisał mi hormony i propranolol – na kołatania serca. Zaraz po przyjęciu leków, po zapaleniu papierosa zrobiło mi się słabo, świat zaczął wirować i pomyślałam, że umieram. Wpadłam w panikę, prosiłam mamę żeby zadzwoniła po pogotowie, bo umieram, Przyjechała karetka dostała dwa zastrzyki (3P i hydroksyzyne) i tyle. Skontaktowałam się z endokrynologiem, który powiedział, że tak może być i mam się tym nie przejmować. Od tamtej pory zaczęłam bać się wychodzenia z domu, że gdzieś zasłabnę i nikt tego nie zauważy -> a przez to umrę i zostawię moje dziecko, nie będę mogła sie nim opiekować. Bałam się zostawać sama w domu, że jak mi się coś stanie to nie będzie nikt mógł udzielić mi pomocy.. Wstydziłam się tego, zawsze byłam pełną życia osobą, lubiłam podróżować, spotykać sie z przyjaciółmi, chodzić na imprezy -> kochałam życie. Po 3 miesiącach leczenia tarczycy hormony się wyrównały, wyniki były dobre, jednak zaburzenia lękowe nie ustawały, nadal wstydząc się tego, co się dzieje w mojej głowie nie mówiłam o tym nikomu, ukrywałam swoją chorobę myśląc, że wyląduję w wariatkowie. I tak minął rok, tarczyca pracowała sprawnie a w mojej głowie było coraz gorzej. Nie dawałam sobie z tym rady, w końcu opowiedziałam rodzicom co się ze mną dzieje… Tata stwierdził, że przesadzam, a mama, że muszę się wziąć w garść. Dalej było gorzej. Doszło do tego, że gdy tylko mąż wychodził z domu zaraz przybiegałam do rodziców bo bałam się że sama w domu umrę, ciągle mierzyłam sobie ciśnienie, nie miałam sił na nic, brałam wolne w pracy pod różnymi pretekstami, nie chciałam tak żyć, ale musiałam dla Oli… Mama umówiła mi wizytę u psychiatry, który stwierdził, że nic mi nie jest i każdy człowiek tak ma, Powiedział mi że jestem normalna i nie ma sensu wypisywać leków… Tak minęły kolejne miesiące (bez zmian z panicznym lękiem)… Trafiłam do kolejnego psychiatry, który powiązał moje lęki z nadczynnością tarczycy, dostałam antydepresent ASERTIN, który przyjmuję do dziś (2 lata). Objawy są lżejsze, ale nie ustąpiły do końca. Rok temu zapisałam się na psychoterapię. Moja psychoterapeutka powiedziała mi, że poradzimy z tym sobie, z początku czekałam tych wizyt, byłam pełna nadziei na uzdrowienie mojej duszy, jednak póki co nie widzę większych rezultatów, Mam wrażenie na dzień dzisiejszy, że lęki były, są i będą już w mojej głowie na zawszę. Moim jedynym marzeniem jest żyć jak z przed choroby. Cały czas przyjmuje asertin, niby moje codzienne życie wygląda normalnie praca dom praca dom. Taki codzienny schemat odbywa się prawie bez towarzystwa nerwicy, jednak jakaś zmiana powoduje lęk, dalszy wyjazd czy wyjście do kina lub znajomych. Takie życie to nie życie. Po rozwodzie moich rodziców (w grudniu tego roku) tarczyca znów zwariowała, jestem po leczeniu radiojodem (maj 2014), na ten czas przerwałam psychoterapie, ponieważ musiałam stronić od ludzi bo promieniowałam, wyniki jednak nie są najlepsze, kolejną wizytę u mojego endo mam w sierpniu. Pojutrze razem z tatą, jego nową „dziewczyną”, z babcią, córką i mężem (ratujemy nasz związek) wylatujemy na wczasy do Gdańska, od dwóch dni odczuwam większy niepokój i nasilone kołatania serca (myślę, że związane z tym wyjazdem). Boję się napadu paniki w samolocie, boję się, że TAM coś mi się przydarzy, że zwariuję, oszaleję, umrę i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nie wiem już, co mam robić. ZWĄTPIŁAM, że wygram z tym potworem. Nie wiem, czy wrócić na psychoterapię, nie wiem do kogo się zwrócić o pomoc, bo nikt tak naprawdę nie wie, co czuję, jak się czuję… CO MAM ROBIĆ? Tak naprawdę, to trzymam się tylko ze względu na córkę. Kocham ją ponad wszystko, ale zaczyna mi brakować sił. Mam straszne wahania nastrojów, czasem myślę, że wygram, dam radę, bo jest lepiej, a później znów deprecha, panika, głupie myśli. POMOCY!!!

  4. Anonim

     /  Grudzień 1, 2014

    Przysadka>Tarczyca>Nadnercza. Jeśli któreś źle działa, reszta nie może dobrze funkcjonować. Jeśli masz problem z tarczycą, zbadaj nadnercza. Mogą być przyczyną nadmiernego wydzielania hormonów stresowych.

  5. Mam 32 lata…nerwice mam chyba od 4 lat.pierwszy atak na studiach przed egzaminem.myslalam ze to zawal.karetka ekg.serce ok.zapomnialam.jezdzilam na studia nadal.w sali na uczelni atak wyszlam z sali juz nie wrocilam.nie moglam.siedzialam w wc i wylam.by wrocic do domu walka z sama soba jak wsiasc do pksu.myslalam ze umre w tym autobusie.stoczylam taka walke ze w domu tak mboe telepalo ze skonczylo sie na pogotowiu.zastrzyk uspokajajacy.leki.strach przed wyjsciem z domu.mysli natretne.mieszkam z corka.maz za granica.mysle ze to z samotnosci.troche mi przeszlo ale ciągle mysle ze umieram wieczorem.ze nie oddycham.ze mam zawal.ze nikt mo nie pomorze i córka znajdzie mnie martwa.i tak w kolko.sama nigdzie nie pojade pksem.na most nie wejde.samolotem nie latam.walcze kazdego dnia.byl psychiatra ale nie wiele mi pomogl.tabletki mialam w razie ataku.walcze codziennie.odganiam wstretne mysli.ale nikomu nie zycze bo jest to bol nie do opisania !! Dobrze ze mam rodzicow.ktorzy mi pomogli w ciezkich chwilach ❤ powodzenia walczcie z tym potworem !

  6. nika

     /  Kwiecień 17, 2017

    A do mnie zdecydowanie przemawia definicja Melibrudy. Uważam, ze jest bardzo adekwatna do tego, co się z nami dzieje. Trzeba umieć to dostrzec.

  7. projektF5

     /  Lipiec 14, 2017

    Dokładnie. Doszedłem do podobnych wniosków co profesor Mellibruda i cieszę się, że jestem w stanie dostrzec jak te zaburzenia na mnie wpływają. Jeszcze wielu rzeczy o sobie muszę się dowiedzieć, ale dzięki temu blogowi wierzę, że jestem na dobrej drodze. Trzymajcie się ciepło!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: